Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anglia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 sierpnia 2009

Aaaa Kanadę na Irlandię wymienię - bezpośrednio


We are the Fenian Brotherhood, skilled in the arts of war,
And we're going to fight for Ireland, the land we adore,
Many battles we have won, along with the boys in blue,
And we'll go and capture Canada, for we've nothing else to do.

Jeśli sądzicie, że sobie z Was kpimy, to niestety ale jesteście w błędzie. Nie przejmujcie się - w 1866 wszyscy mieszkańcy brytyjskich kolonii w Kanadzie przecierali oczy ze zdumienia, słysząc o dobrze uzbrojonych irlandzkich wojskach, które jak gdyby nigdy nic wkroczyły na ich teren i zaczęły strzelać. Jak do tego doszło i tak w zasadzie to o co chodziło?

W 1848 roku tzw. powstanie młodoirlandzkie upadło, rozgromione przez Brytyjczyków i dobite klęską głodu, która zmusiła wielkie rzesze Irlandczyków do emigracji, głównie do USA. Nie zrezygnowali oni jednak z marzeń o niepodległości - już w 1858 w Stanach powstaje Bractwo Fenian o jasno określonym celu - Irlandia dla Irlandczyków, Angole do piachu. Fenianie szybko zyskują popularność, nie tylko wśród irlandzkich emigrantów, ale także wśród pozostałych mieszkańców Północy USA, tradycyjnie niechętnych Anglikom i królowej. Ponieważ na tych sympatiach i antypatiach można było wiele ugrać w amerykańskiej polityce (głosy Irlandczyków były liczne i ważne), Fenianie wraz ze swoim programem przebijają się na najważniejsze salony Waszyngtonu i Nowego Jorku.

W wyniku poparcia udzielanego przez amerykańskie elity a także dzięki znacznym zasobom gotówki uzyskanym dzięki sprzedaży bonów, które miały zostać wykupione przez rząd niepodległej Irlandii, na łonie organizacji powstaje śmiały by nie rzec szalony plan - zabierzemy Brytolom Kanadę i wymienimy na Irlandię! Ba, jeszcze nam pewno dopłacą! Na przełomie 1865 i 1866 roku weteran wojny secesyjnej generał Thomas "Walczący Tom" Sweeney opracowuje szczegóły przedsięwzięcia - 25 tysięcy Fenian wmaszeruje w 3 kolumnach do Kanady w krótkim czasie opanuje cały kraj. Na czas przygotowań do inwazji, generał uzyskuje nawet specjalne zwolnienie z amerykańskiego wojska. Moment wydaje się sprzyjający - właśnie skończyła się wojna secesyjna, więc broni i ludzi potrafiących z niej korzystać jest pod dostatkiem. A pieniędzy, jak już wspomnieliśmy, Fenianom również nie brakowało.


Na początku 1866 Fenianie spotykają się z Andrew Jacksonem, prezydentem USA, który nieoficjalnie obiecuje uznać Irlandzką Republikę Kanady, o ile powstańcom uda się ją stworzyć. Zachęceni poparciem, Irlandczycy w lutym 1866 zatwierdzają plan inwazji i zupełnie oficjalnie rozpoczynają przygotowania do wojny. Nikt nie traktuje ich planów serio.

Obserwując co działo się potem można powiedzieć jedno - nikt nie wierzył, że zaatakują. zwłaszcza po tym jak 19 kwietnia 1866 rozbita zostaje pozorowana inwazja na Wyspę Campobello (Nowy Brunszwik). Jednak 31 maja 1866 Fenianie zaskakują wszystkich - po unieruchomieniu amerykańskiej kanonierki, ok. 1500 Irlandczyków z naszywkami IRA oraz pod zieloną flagą przekracza graniczną rzekę Niagara i atakuje brytyjskie posterunki. Pada Fort Erie, Fenianie rozbijają okoliczne siły wroga. I tu następuje niekorzystny splot okoliczności.



Po pierwsze, spodziewane posiłki nie docierają, bo Amerykanie naprawiają kanonierkę i uniemożliwiają przeprawę kolejnym 3 tysiącom dobrze uzbrojonych weteranów wojny secesyjnej. Po drugie, amerykański rząd widzi, że za chwilę może mieć na karku wojnę z Anglią, bo wygląda na to, że traktowani z przymrużeniem oka irlandzcy bojownicy naprawdę zaczęli strzelać. Waszyngton działa szybko i w miarę skutecznie - aresztuje wszystkich "którzy mogliby wyglądać jak Fenianie", zabiera im broń i funduje bilety kolejowe do domu pod warunkiem złożenia przysięgi nie atakowania sąsiadów USA bez zgody Boga, prezydenta i rządu. Wprawdzie sympatyzujący z Irlandczykami funkcjonariusze rządowi po cichu oddają im broń, zabierają bilety i zachęcają do skopania Angolom tyłków, ale cała sprawa powoli zaczyna się rozłazić. W efekcie, druga z trzech kolumn (atak od strony Detroit) w ogóle nie atakuje Anglików, co powoduje klęskę pierwszej kolumny, która pod naciskiem po kilku dniach musi się wycofać do USA. Amerykanie aresztują Fenian za organizowanie nielegalnych akcji zbrojnych, ale zaraz potem wypuszczają.


Ostatnim akcentem wojny jest atak kilku tysięcy Fenian (trzecia kolumna) na wschodnią Kanadę, który kończy się wygraniem paru potyczek i ucieczką za granicę z braku lepszych opcji. Ścigające oddziały brytyjskie przekraczają granicę USA i przez pomyłkę zabijają 1 cywila. W sumie - dość żenująco.

Summa summarum, Irlandczycy nie zdobywają Kanady, choć bardzo chcą i całkiem nieźle się starają. Próbują jeszcze parę razy potem w XIX wieku, ale nadal bez powodzenia. W walkach wspierają ich też inne nacje, jak uwolnieni niewolnicy z Południa i kilkuset Indian z plemienia Mohawków. W 1881 Fenianie testują nawet łódź podwodną, która ma zatapiać brytyjskie okręty, ale okazuje się ona niezdatna do użytku. Dziś to cudo można oglądać w muzeum.


Niepodległość Irlandia odzyska dopiero po I wojnie światowej, bez wymiany na Kanadę czy inne brytyjskie dominium. W sumie to chyba nawet szkoda...

sobota, 8 sierpnia 2009

Rożestwienski widzi Japońców

Jak pewnie wszyscy wiemy z nudnych lekcji historii, w 1904 roku zaczęła się wojna rosyjsko-japońska, w której to batiuszka car i jego naród dostali tęgiego łupnia. Japończycy szybko uporali się z rosyjską flotą na Pacyfiku i rozpoczęli oblężenie Port Artur. Car podjął desperacką i szaloną decyzję - wysłać w rejon walk Flotę Bałtycką, w sumie 38 okrętów, z czego kilkanaście w miarę nowych i w miarę zdatnych do użytku. Flota ta w przedziwny sposób opłynęła prawie cały glob aby na końcu polec w bitwie pod Cuszimą. Po drodze jednak przydarzyło jej się sporo absurdalnych rzeczy... Tak oto dochodzimy do sedna naszej opowieści - słynnego incydentu pod Dogger Bank.



Ławica Dogger Bank leży na Morzu Północnym, w połowie drogi między drogi między Anglią a Danią i stanowi częsty rejon wypraw rozmaitych łodzi rybackich. Tak było w 1904 roku, tak jest i dziś. To tak na wszelki wypadek, gdybyście nie wiedzieli.

Ówczesna Flota Bałtycka była absurdalnym połączeniem okrętów z różnych epok, obsadzonych niedoświadczonymi marynarzami i dowodzonych przez niekompetentnych oficerów. Dość powiedzieć, że już podczas rejsu przez Morze Bałtyckie doszło do kilku zderzeń, awarii i pomniejszych incydentów, które w połączeniu z informacjami o tragicznym losie jaki spotkał rosyjską flotę Pacyfiku stwarzały atmosferę pesymizmu, nerwowości i ogólnego chaosu.

Car, w odróżnieniu od Japończyków, wierzył, że Flota Bałtycka jest w stanie odmienić losy wojny. Z tego względu rozkazał wyasygnować wielkie kwoty na zabezpieczenie podróży tych statków na Morze Żółte. Sporo wydano na opłaty portowe, równie dużo na węgiel i zaopatrzenie. Dużą kwotę otrzymała też carska Ochrana, która miała zapewnić informacje o ewentualnym zagrożeniu ze strony Japończyków.

Problem rosyjskiego wywiadu polegał na tym, że nie bardzo miał o czym donosić, ponieważ Japończycy kompletnie zignorowali szaloną rosyjską eskapadę. Z drugiej strony, głupio było wziąć 6 mln rubli w złocie i nie przynieść niczego w zamian... Do Petersburga płynęły więc szeroką rzeką listy rzekomo zwerbowanych agentów, informacje o ruchach japońskich okrętów, które nigdy nie istniały a także dane o planowanym ataku japońskich kutrów torpedowych na Flotę Bałtycką podczas przechodzenia przez cieśniny duńskie lub przez Kanał La Manche. Informacje te docierały też do niedoświadczonych marynarzy i ich oficerów, wprowadzając atmosferę nerwowości i oczekiwania na nieuchronny atak.

W tej sytuacji wystarczył już tylko drobny kamyczek by uruchomić lawinę. 21 października 1904 roku pijany w sztok kapitan rosyjskiego okrętu zaopatrzeniowego "Kamczatka" nadaje w eter wiadomość - "Zostaliśmy zaatakowani przez japońskie torpedowce!" Flotylla przepływa wtedy przez Ławicę Dogger Bank. Ogłaszany jest alarm bojowy, kolejny w ciągu ostatnich kilku dni. Flotylla z wygaszonymi światłami płynie przez ponure i wrogie wody. I nagle... Jest! W świetle księżyca wyraźnie pojawia się sylwetka japońskiego torpedowca, po nim drugiego, trzeciego i kolejnych. Rosjanie po wezwaniu do poddania się otwierają ogień! Po chwili od strony Japończyków również widać strzały. Chaos, zamęt, strach, rozpaczliwa bieganina... Ale udało się, wróg został pokonany! Rosjanie z dumą płyną dalej... i jakże są zdumieni otrzymaną następnego dnia depeszą.

Jak było naprawdę? Rzekomy japoński torpedowiec widziany przez "Kamczatkę" okazał się szwedzkim statkiem handlowym, zaś ostrzelana w nocy japońska flota - grupą angielskich kutrów rybackich. W nierównej walce rosyjskie okręty wystrzeliły kilka tysięcy pocisków, zatapiając jeden kuter i posyłając na drugą stronę trzech brytyjskich rybaków. Dalszych sześciu zostało rannych. W walce zginął też 1 rosyjski pop a 1 marynarz został ranny gdy słynna potem "Aurora" będąc po drugiej stronie flotylli rybackich trawlerów niż reszta Rosjan wystrzeliła swój pocisk w pobliże jednego z rosyjskich pancerników, przez co została wzięta za Japończyka i sama znalazła się pod ogniem.


Rosjanie długo trzymali się wersji z atakiem japońskich torpedowców. Dopiero z pewnym opóźnieniem zdecydowali się wypłacić rybakom odszkodowanie. Mimo to, rząd brytyjski odmówił przepuszczenia "bandy pijanych piratów" przez Kanał Sueski, przez co adm. Rożestwienski zmuszony był szlakiem Vasco da Gamy opłynąć Afrykę. Nieudolna flota swój koniec znalazła pod Cuszimą, ale to już całkiem inna historia.

Generalnie - nie dziwi nas to wszystko. Popatrzcie sami...


niedziela, 28 czerwca 2009

Chłopcy z Essex najwyraźniej znowu mieli pecha, sir...


Wśród oddziałów Jej Królewskiej Mości, na naszą szczególną uwagę zasługuje z pewnością 44 Regiment Piechoty (44th East Essex Regiment of Foot). Poznajcie ich - oto najczęściej masakrowana brytyjska jednostka na przestrzeni XVIII i XIX wieku!

Walczące Czwórki, jak popularnie nazywano ten oddział, w latach 1741 - 1881 (kiedy to pułk w wyniku reorganizacji w brytyjskiej armii wszedł w skład Essex Regiment) był wycinany do nogi aż trzykrotnie, po to tylko by po kolejnym odtworzeniu dostać jeszcze cięższego łupnia.

Już w cztery lata po jego powołaniu, w 1745 roku regiment brał udział w tłumieniu jakobickiej rebelii, która wybuchła w Szkocji. Powstańcy chcieli osadzić na tronie Karola Edwarda Stuarta, ale nie to jest dla naszej historii ważne. Liczy się w zasadzie jeden dzień - 21 września 1745 roku, kiedy to podczas bitwy pod Prestonpans oddział doświadczył skutków spektakularnej szarży 1400 szkockich górali, której towarzyszyły "dzikie góralskie okrzyki wojenne i mrożące krew w żyłach piskliwe dźwięki dud". Ponieważ brytyjski dowódca tak sprytnie ustawił swoje wojska, że nie mogły się one wycofać, całe "Walczące Czwórki" trzeba było wpisać na listę strat.


Już w 10 lat później, bo w 1755 roku przerzucony do Ameryki Północnej regiment brał udział w tzw. "Ekspedycji Braddocka" w ramach Wojny z Francuzami i Indianami. Wyprawa ta miała na celu zdobycie Fortu Duquesne na brytyjsko-francuskim pograniczu. Cały brytyjski kontyngent liczył ok. 2200 ludzi, lecz szybko topniał w wyniku chorób, niedożywienia i ataków sprzyjających Francuzom Indian. Mimo to Brytyjczycy dumnie i flegmatycznie ciągnęli swoje działa przez niedostępną puszczę, robiąc średnio ok. 4 km dziennie. 9 lipca 1755 roku doszło do bitwy nad rzeką Monongahela, która w dużym skrócie polegała na bezkarnym ostrzeliwaniu skłębionej na małej przestrzeni masy Angików przez stojące na okolicznych zalesionych wzgórzach dwukrotnie mniej liczne siły francusko-indiańskie ustawione w formacji podkowy. Straty po stronie brytyjskiej - 456 zabitych, 521 rannych (w tym cały nasz 44 Regiment), po francuskiej - 23 zabitych, 20 rannych.


Po zmasakrowaniu najpierw przez półdzikich szkockich górali potem zaś przez Indian wydawało się, że Walczące Czwórki nie mogą już niżej upaść. A jednak! W 1840 roku regiment był częścią brytyjskich sił, które zaatakowały Afganistan i obsadziły Kabul. Historię tą opiszemy szerzej przy innej okazji. Powiedzmy tylko, że przeciwko Brytyjczykom wybuchło powstanie pod wodzą niejakiego Akbar Chana, które Anglicy przez cały 1841 rok skutecznie ignorowali. Żarty skończyły się gdy Afgańczycy odcięli Kabul. Wówczas to brytyjski dowódca z niebywałą wprost nonszalancją wynegocjował porozumienie, na mocy którego w zamian za gwarancje bezpieczeństwa angielskie wojska oddały powstańcom większość swojej broni. 1 stycznia 1842 rozpoczął się eksodus brytyjskiej armii (którą oprócz naszego 44 Regimentu tworzyły głównie oddziały złożone z Hindusów), która przestała istnieć już 13 stycznia. Jak się można łatwo domyśleć, Afgańczycy nie dotrzymali warunków porozumienia. Z 16 tys. ludzi przy życiu został jeden, jak na ironię - lekarz. Tak oto po raz trzeci Walczące Czwórki przestały istnieć.

Nie potrafimy w żaden sposób wyjaśnić fatum ciążącego nad tym nieszczęsnym oddziałem. Potraktujmy sprawę tak, jakby skomentował ją XIX wieczny brytyjski oficer: "Chłopcy z Essex najwyraźniej znów nie mieli szczęścia... No cóż, hem, to chyba już będzie pora na herbatę."

niedziela, 3 maja 2009

I na koniec jeszcze pozmywał talerze...



Dzisiejszy wpis będzie smutny, smutny niczym wspomnienie niegdysiejszej chwały oddziału wojskowego, który - co tu dużo gadać - zszedł na psy. Stąd taki a nie inny dobór wstawki muzycznej, którą rozpoczynamy nasze rozważania o wojnie, pokoju i takich tam. Zwykle nie dotykamy spraw współczesnych, ale tym razem nie mamy wyboru. Ruszyło nas i tyle: po raz pierwszy rzeczywistość okazała się wielokrotnie głupsza od prawdy historycznej.

Rzecz dzieje się podczas brytyjskiej misji stabilizacyjnej w Afganistanie. Oto major Robert Michael Armstrong, oficer Królewskiego Pułku Irlandzkiego (Royal Irish Regiment) zostaje odznaczony Krzyżem Wojskowym za męstwo, którym wykazał się podczas patrolu prowadzonego wspólnie z naprędce stworzonym oddziałem afgańskiej milicji.

Czytając rekomendację do odznaczenia dla dzielnego majora, można było dowiedzieć się, że: "przywrócił dyscyplinę w patrolu armii afgańskiej, który wpadł w panikę po wybuchu przydrożnej bomby, w pojedynkę odparł atakujących talibów, wyniósł pod ostrzałem ciężko rannego żołnierza i unieszkodliwił cztery inne bomby." Na koniec zapewne przyrządził jeszcze wyśmienitą kolację i pozmywał naczynia.

Cała sprawa okazała się oczywiście oszustwem i pierwszą w przypadku brytyjskiej armii udowodnioną próbą wyłudzenia odznaczenia wojskowego. Nasz dzielny major po prostu przypisał sobie czyny kilku innych żołnierzy, w dodatku dokonane w ciągu kilku miesięcy służby. Zabawne jest jedynie to, że rzeczony major odznaczenie otrzymał, co poddaje w wątpliwość zdrowie umysłowe tych wszystkich, którzy w Brytanii przyznają tego rodzaju ordery i odznaczenia.

Jako ciekawostkę dodajmy, że motto regimentu brzmi "Faugh a ballagh", co w wolnym tłumaczeniu znaczy mniej więcej "Oczyśćcie drogę!". Oczyśćcie drogę... do orderów?

wtorek, 28 kwietnia 2009

Wojna krótsza od partyjki golfa - prawdziwi dżentelmeni po herbatce zwalczają Zanzibar


Naszą zabawę z historią militarną świata zaczynamy tradycyjnie od powtórki z geografii. Kto wie gdzie leży i czym jest Zanzibar ręka do góry. Nikt nie wie? Ech, straszne z Was łżeelity i lumpeninteligencja. No dobra, bez żartów. Zanzibar to wyspa u wybrzeży Tanzanii, wchodząca obecnie w skład tego państwa, okresami niepodległa. Obecnie Zanzibar eksportuje goździki i orzechy kokosowe, więc jest gospodarczo pokrewny Gabonowi Co Się Jarkowi Kaczyńskiemu Objawił. Wcześniej Zanzibar eksportował głównie niewolników.

W 1858 roku Zanzibar z małą pomocą swoich brytyjskich przyjaciół całkowicie uniezależnił się od Omanu, uzależnił zaś całkowicie od Londynu. De facto stał się brytyjskim protektoratem i to do tego stopnia, że liczącą tysiąc żołnierzy Niezwyciężoną Armią Zanzibaru i Jego Walecznego Sułtana dowodził brytyjski oficer - sir Arthur Raikes. Brytyjczycy wspierali swojego wiernego sojusznika jak mogli - dali pieniążki na nowy pałac i ładny harem, podłączyli w pałacu prąd elektryczny a nawet podarowali sułtanowi jacht o czysto zanzibarskiej nazwie Glasgow, który odtąd stanowił Niezatapialną Wojenną Flotę Zanzibaru.

Słowem - czysta sielanka.

Pod koniec XIX wieku coś jednak zaczęło się psuć, a mianowicie mieszkańcy wyspy przestali podzielać sympatię swojego władcy do królowej Wiktorii. Głównie dlatego, że Londyn kazał sułtanowi znieść na wyspie niewolnictwo, jednym pociągnięciem demolując lokalny handel oraz bezceremonialnie naruszając kilkusetletnią tradycję handlowania przez wyspiarzy sąsiadami z kontynentu. Na fali tych nastrojów, sułtan Sayyid Hamad bin Thuwaini Al-Busaid za zgodą brytyjskiego konsula zaczął werbować straż pałacową, która wespół z armią miała zapewnić spokój na wyspie.

Zaiste, słaba była to straż, bowiem 25 sierpnia 1896 sułtan został otruty w pałacu przez swojego siostrzeńca Sayyida Khalida bin Barghash Al-Busaid, który jako nowy sułtan Zanzibaru przejął władzę pod hasłem wyrzucenia z wyspy Brytyjczyków, przywrócenia tradycji (czytaj: niewolnictwa), powrotu do starych dobrych czasów itp. Zmiana na tronie rzecz jasna nie podobała się Anglikom, którzy ustami konsula oraz dowódcy zanzibarskiej (sic!) armii próbowali zmusić Khalida do abdykacji przemówić nowemu władcy do rozumu.

Sułtan jednak Brytolom nie zwykł był się kłaniać. Nie mając kontroli nad własną armią, rozpoczął manewry swej nowo sformowanej straży pałacowej (wraz z przymusowymi ochotnikami spośród ludności cywilnej, służby i niewolników - 2800 ludzi), obsadził artylerię (kilka karabinów maszynowych Maxima, jeden karabin Gatlinga, jedna lekko zardzewiała armata z XVII wieku, dwa 12-funtowe działa produkcji niemieckiej, których nikt nie umiał obsługiwać - zapewne z powodu bariery językowej) oraz flotę (wspominany już jacht Glasgow, dar królowej Wiktorii dla jednego z poprzednich sułtanów). Brytyjczycy nie pozostali dłużni, wysadzając mały kontynent piechoty morskiej do ochrony swego konsulatu oraz gromadząc w pobliskiej zatoce flotę wojenną w liczbie 5 okrętów.

Rozpoczęła się gra nerwów, która trwała przez cały dzień 26 sierpnia. W tym czasie Brytyjczycy wywozili z wyspy wszystkich Europejczyków, zaś Khalid zastanawiał się co odpowiedzieć na brytyjskie ultimatum. Zgodnie z wyrafinowaną tradycją brytyjskiej dyplomacji, było ono wykaligrafowane na eleganckim wizytowym papierze, opatrzone szeregiem pieczęci oraz zamaszystym podpisem. Jego sedno można streścić w zdaniu: "Poddaj się. Masz czas do godziny 09:00 27 sierpnia 1896 roku. W przeciwnym razie otworzymy ogień. Z wyrazami szacunku..." Sułtan-skrytobójca uznał, że Anglicy blefują i postanowił ich sprawdzić. Był to krok nierozważny...



27 sierpnia 1896 roku o godzinie 09:02 rano rozpoczęła się wojna pomiędzy Zanzibarem a Wielką Brytanią. Sytuacja strategiczna przez około minutę wyglądała z grubsza tak jak przedstawiono na koślawym szkicu powyżej. Na drewniany pałac sułtana spadły pierwsze pociski, powodując pożary, panikę i pospieszną ewakuację z pozycji, która nagle okazała się raczej nie do obrony ("Czcigodny sułtanie - oni mają działa!"). Bombardowanie trwało aż do 09:40 kiedy to jeden z obrońców pałacu przytomnie wywiesił białą flagę. W międzyczasie pomiędzy 09:05 a 09:15 miała miejsce również bitwa morska, kiedy to Glasgow wystrzelił salwę pocisków w stronę jednego z brytyjskich okrętów nie robiąc mu nic, po czym sam stał się obiektem ostrzału odwetowego, który natychmiast go zatopił.

Tak więc wojna lądowo-morska trwała 38 minut zaś wojna na morzu - 10 minut, przy czym należy przyjąć około dwuminutową poprawkę z uwagi na dokładność ówczesnych zegarków, różnice czasowe itp. Tak czy owak - czapki z głów panowie, mówimy o najkrótszej wojnie w historii świata!


Jakie były skutki tej wojny? Zależy dla kogo. W walkach, pożarach i ogólnym chaosie zginęło ok. 500 Zanzibarczyków oraz 20 zamieszkujących wyspę Hindusów, którzy zginęli wkrótce po tym jak mieszkańcy wyspy potraktowali wystrzał z brytyjskiego działa jako sygnał do ogólnego grabienia i plądrowania. 1 brytyjski podoficer został ranny tego dnia. Zniszczeniu uległ pałac sułtana, jego artyleria oraz flota. Wahamy się użyć sformułowania "flota Zanzibaru została zatopiona" gdyż z uwagi na płytkość zatoki spod wody wystawały maszty niegdyś pięknego jachtu, co widać na poniższym zdjęciu. Dodajmy, że widok ten utrzymywał się aż do 1912 roku...



Co oczywiste, Brytyjczycy wprowadzili na tron takiego przedstawiciela dynastii Al-Busaid jaki im pasował, zaś Khalid "Nieudany Skrytobójca" znalazł schronienie w Niemieckiej Afryce Wschodniej, gdzie przebywał aż do 1916 roku. Wtedy to został schwytany przez brytyjskie oddziały i osadzony na Wyspie Świętej Heleny. Prawie jak Napoleon...

Na mocy traktatu pokojowego Zanzibar zobowiązał się pokryć koszty pocisków wystrzelonych na miasto przez flotę JKMości jak również koszty gaszenia pożaru przez naprędce zorganizowaną przez Anglików straż ogniową.

Słowem - jaka wojna, taki traktat pokojowy.

środa, 25 marca 2009

Rule Brittania? Wojna o ucho Jenkinsa - cz. III

Jak już wcześniej napisaliśmy, Wielka Wielka "Rządź na Morzu" Brytania odniosła dotychczas dwa żenujące imponujące zwycięstwa. Jednak w pewnym momencie dowódcy brytyjscy postanowili podnieść wskaźnik żenady w tej wojnie (zapewne z myślą o nas i naszym blogu), co ekipa Wojny o Ciacho skwapliwie i nie bez złośliwej satysfakcji odnotowała.

Mieszkańcy brytyjskich kolonii w Ameryce Płn. postanowili tak samo jak inni obywatele Imperium, W Którym Słońce Nigdy Nie Zachodzi Chyba Że Akurat Jest Zaćmienie dostać swój kawałek tortu z napisem "chwała wojenna". W tym celu, założyciel kolonii w Georgii niejaki James Oglethorpe (to ten brzydki pan z wyłupiastymi oczami z obrazka obok) w 1840 zmobilizował kolonistów i przy dźwięku werbli i piszczałek wyruszył aby zdobyć St. Augustine - jeden z ważniejszych hiszpańskich portów na Florydzie.

Ta eskapada to nie była poranna wyprawa po kefir gdy boli głowa i chce się pić. Miasto było porządnie umocnione, zaś siła ofensywna kolonistów, co tu dużo mówić - nędzna. Koloniści prawie zdobyli miasto i całą Florydę. Tak po prawdzie, to sporo im zabrakło. W zasadzie to oblężenie było totalnym nieporozumieniem, którego ukoronowaniem było wzięcie do niewoli przez oblężonych (akurat zrobili wycieczkę) całego regimentu wojsk kolonialnych, który spał sobie w najlepsze. Mieszkańcy Georgii (ale nie Gruzini, ci by nie odpuścili) uciekali z niegościnnej Florydy jak niepyszni, ścigani przez zmutowane krokodyle obelgi wygłaszane z lekkim kastylijskim akcentem.

Dla porządku dodajmy, że dokonana w dwa lata później przez Hiszpanów próba zdobycia Georgii zakończyła się, podobnie jak w przypadku Florydy, prawie zajęciem kolonii. Czy widzicie nasz szyderczy uśmiech?

Kulminacją absurdów była przeprowadzona w 1741 brytyjska operacja lądowo-morska, której celem było zajęcie miasta Cartagena de Indias (obecnie Cartagena, w Kolumbii), jednego z trzech głównych portów (obok zdobytego wcześniej Porto Bello oraz Vera Cruz w Meksyku), przez które bogactwa Nowego Świata płynęły do Hiszpanii szerokim strumieniem.

Rzecz jasna, operacją chciał dowodzić nasz dobry znajomy "Stary Grog" Vernon, lecz Londyn wyznaczył na głównodowodzącego niejakiego lorda Cathcarta, który zmarł w trakcie podróży z Anglii na Morze Karaibskie. W zaistniałej sytuacji, "Stary Grog" poniekąd przywłaszczył sobie dowództwo, skutecznie zrażając do siebie wszystkich wyższych rangą oficerów o jakichkolwiek aspiracjach.

Zdaniem ekipy Wojny o Ciacho, samo przywłaszczenie sobie praw głównodowodzącego nie jest niczym złym, pod warunkiem, że inni się temu podporządkują oraz że umie się dowodzić. W tym przypadku nie zaszła żadna z wymienionych okoliczności...

Brytyjczyków było bardzo dużo, prawie 27 tysięcy na 186 statkach wyposażonych łącznie w 2000 dział. Hiszpańska załoga liczyła łącznie 3000 żołnierzy oraz 600 indiańskich łuczników. Można więc stwierdzić, że na jedną angielską armatę przypadało 1 i 1/3 hiszpańskiego żołnierza. Cytując inny, równie fajny blog:

Gurek 20:06:54
no nie mógł tego nie strzelić

Tomalski 20:07:09
mógł
uwierz mi, że mógł :-)


Mógł nie strzelić i nie strzelił. Brytyjczycy nie byli w żaden sposób dowodzeni, Hiszpanie walczyli jak wściekłe psy, Indianie nie wiedzieli co się dzieje i skąd tyle huku, a dzieła zniszczenia dopełniły żółta febra i dezynteria, które zdziesiątkowały brytyjskich żołnierzy. Podsumujmy krótko - po 67 dniach "Stary Grog" odstąpił od oblężenia, tracąc bagatela 18 000 żołnierzy i 50 statków. A teraz czas na smaczki...

Smaczek numer jeden
- po zdobyciu jednego z wielu fortów otaczających miasto, Vernon wysłał do Londynu statek pocztowy z informacją, że Cartagena lada dzień padnie. Wiadomość tą otrzymał sam brytyjski monarcha, który rozkazał z tej okazji wybić serię specjalnych medali przedstawiających kapitulację hiszpańskiego dowódcy wobec "Starego Groga". Po tym gdy prawdziwy wynik bitwy ujrzał światło dzienne, urzędnicy królewscy musieli się nieźle napocić konfiskując wszystkie egzemplarze, które już zdążyły trafić pod brytyjskie strzechy.

Smaczek numer dwa - gdy wieść o pewnym zwycięstwie rozeszła się z pałacu królewskiego w lud, w londyńskich tawernach bardzo popularna stała się piosenka o wiele mówiącym tytule: VERNON'S GLORY OR, THE SPANIARDS DEFEAT. Piosenka ta nie na długo zagościła jednak na szczycie list przebojów. Kroniki nie podają co stało się z autorem tej ballady...

W 1842 wojna przeniosła się do Europy i zmieniła nazwę na wojnę o sukcesję austriacką. Straciła przy tym wiele na kolorycie, w związku z czym nie będziemy jej dłużej opisywać.

Podsumowując działania zbrojne:
- ucho kapitanowi Jenkinsowi nie odrosło, zaś w uznaniu jego zasług wojennych brytyjski rząd zesłał wysłał go jako gubernatora na Wyspę Św. Heleny, która to wyspa w rozumieniu tegoż rządu i kilku późniejszych była synonimem zadupia wszechświata,
- o ile nam wiadomo, brytyjski król ucha z rąk hiszpańskiej guarda costa nie stracił,
- okazało się, że nie warto zadzierać z mieszkańcami Florydy i Georgii na ich terenie, która to prawda i dziś ma zastosowanie,
- po raz kolejny przy okazji wojny opłynięto świat, za co nikt nie otrzymał żadnych punktów zwycięstwa,
- adm. "Stary Grog" Vernon swoje przezwisko zawdzięczał opracowaniu receptury na grog, która jest stosowana po dziś dzień na wszystkich morzach świata; nie został natomiast klasykiem operacji desantowych...

piątek, 20 marca 2009

Rule Brittania? Wojna o ucho Jenkinsa - cz. II

Tak oto kwestia tego kto, komu, kiedy i co uciął na morzu stała się powodem do międzynarodowej awantury z udziałem dwóch państw, z których każde pretendowało do miana światowej potęgi morskiej. Naszym zdaniem - niesłusznie. Światowe potęgi morskie nie powinny być żenujące.

Jak się miało niebawem okazać, admirał Vernon nie był wodzem morskim na miarę Nelsona czy don Juana d'Austria. Mimo to postawił sprawę jasno: "Dowodzić rewią będę ja!" W efekcie, flota sześciu okrętów pod jego dowództwem popłynęła na Karaiby i w listopadzie 1739 spaliła i złupiła Porto Bello (dziś Portobello, bez spacji), znaczący hiszpański port, zajmujący się głównie transportem i przeładunkiem srebra. Ustalmy - oblężenie trwało około doby, słaby hiszpański garnizon niemal od razu się poddał, zaś Anglicy okupowali port całe trzy tygodnie łupiąc i grabiąc co popadnie, a zarazem wypatrując, czy aby nie przyjdzie nikt aby ich wyprosić.

Entuzjazm Anglików na całym świecie dla tego wydarzenia był nieporównywalnie większy od jego faktycznej wagi. To mniej więcej tak, jakbyśmy co roku hucznie obchodzili rocznicę przypadkowego przekroczenia przez polskie wojska granicy z Niemcami podczas wojny obronnej w 1939. Przytoczmy tylko podstawowe fakty:

- w uznaniu zasług, Vernon został mianowany admirałem,
- na cześć "Starego Groga" nazwano co najmniej jedno miasto, co najmniej jedną główną ulicę w Londynie oraz co najmniej jedną plantację należącą do Jerzego Waszyngtona,
- podczas uroczystej kolacji wydanej na cześć zwycięzcy w Londynie, po raz pierwszy wykonano utwór "Rule, Britannia!", dziś znany głównie z interpretacji sportowych (w wykonaniu mistrzów Szkocji w rzucie cegłą w dom Artura Borubara) lub geriatryczno - dziwacznych (pozdrawiamy panią z trójzębem).

Cytując jeden z filmów Monty Pythona: "Bo wy, Anglicy, jesteście tacy k... pompatyczni..."

W ramach akcji "rządzimy na morzu", Anglicy po zdobyciu Portobello porwali się na rzecz jeszcze bardziej spektakularną - postanowili zaatakować hiszpańskie posiadłości na Pacyfiku. W tym celu w 1740 wokół przylądka Horn posłano eskadrę admirała George'a Ansona, Pierwszego Barona Anson. Wyprawa ta stanowiła kamień milowy w rozwoju współczesnej filozofii - okazało się bowiem, że Bóg nie tylko istnieje, ale też cholernie lorda Ansona nie lubi.

Bez zbędnych złośliwości, przytoczmy jedynie suche fakty:

- ekspedycja, szumnie zapowiadana przez zwolenników angielskiego militaryzmu jako brytyjska odpowiedź na Niezwyciężoną Armadę, została wysłana z opóźnieniem i liczyła sześć zdezelowanych okrętów z niepełną załogą,
- dwóm okrętom nie udało się opłynąć przylądka Horn i wróciły do Anglii,
- wkrótce potem, kolejny okręt rozbił się u wybrzeży Chile,
- gdy w czerwcu 1741 "eskadra" dopłynęła do Wyspy Juan Fernandez z prawie 1000-osobowej załogi przy życiu pozostał już tylko co trzeci marynarz - reszta umarła na szkorbut,
- w wyniku postępującej epidemii, stan liczebny załóg stale się zmniejszał, co spowodowało ograniczenie akcji zaczepnych do złupienia jednego nieistotnego portu w Peru,
- wkrótce potem z 3 statków został już tylko jeden, nie było kim obsadzić pozostałych.

Mimo tych wszystkich niedogodności, Pierwszy Baron Anson dokonał nie byle czego. Po pierwsze - przeżył, mimo, że w chwili powrotu do Anglii z jego załogi pozostał przy życiu już tylko co dziesiąty. Po drugie - jakimś cudem dopadł i zdobył coroczny galeon z Manili, co dało mu łup wielokrotnie przewyższający koszty całej ekspedycji (ponad 1,3 mln sztuk srebra!). Po trzecie - przy okazji wyprawy, opłynął świat, co staje się poniekąd tradycją opisywanych tutaj durnych wojen morskich.

Koniec części II. W następnym odcinku - operacja Overlord "Starego Groga" Vernona, przedwcześnie wybite medale oraz prawie zdobycie Florydy

czwartek, 19 marca 2009

Rule Brittania? Wojna o ucho Jenkinsa - cz. I

Był rok 1731, na Morzu Karaibskim nieopodal wybrzeży hiszpańskich kolonii brytyjski statek Rebecca pod dowództwem kapitana Roberta Jenkinsa jak gdyby nigdy nic wracał sobie do domu. Statek oczywiście miał charakter przemytniczo - piracki i podobnie jak wiele innych był pilnie poszukiwany przez hiszpańską straż przybrzeżną. Hiszpanie mieli szczęście - dopadli bryg, zmusili do zatrzymania i rozpoczęli rewizję, do czego mieli prawo zgodnie z brytyjsko-hiszpańskimi umowami. Oczywiście statek nie przewoził herbaty do Bostonu, więc po odkryciu kontrabandy doszło do krótkiej wymiany zdań między kapitanami obu okrętów, zakończoną obcięciem Jenkinsowi ucha przez kapitana Fandiño, hiszpańskiego dowódcę.

"Przekaż swojemu królowi, gringo, że zrobię mu to samo gdy go złapię na przemycaniu śledzi i oleju do naszych kolonii!" - tak według nas brzmiały słowa, jakie wypowiedział Fandiño na odchodnym do wtóru rechotu rozbawionych zajściem hiszpańskich marynarzy (Borsuuk optował za tekstem o dupie i jesieni średniowiecza, ale został przegłosowany).

O co tak naprawdę chodziło? Otóż w wyniku jednej z wcześniej stoczonych wojen, wyznaczone okręty brytyjskie posiadały prawo do sprzedawania w hiszpańskich koloniach dowolnej ilości niewolników. Oczywiście byli tacy jak kapitan Jenkins, którzy nie zostali dopuszczeni do obrotu przez Hiszpanów, a mimo to próbowali handlować z ich koloniami. Stąd kontrole, utarczki, konfiskaty, które psuły wzajemne relacje między Albionem a Madrytem. Opisany przez nas incydent miał mieć jednak znacznie poważniejsze skutki, o czym za chwilę.

Przez osiem długich lat nasz tytułowy bohater opowiadał swoją smutną historię wszystkim, którzy chcieli jej wysłuchiwać, jako dowód pokazując swoje odcięte ucho, które z roku na rok wyglądało i pachniało coraz gorzej. Aż wreszcie w 1739 znalazł się taki, który go wysłuchał i, jak Kaczyńscy Leppera, wpuścił na salony. Był to inny wilk morski - kapitan, a później nawet wiceadmirał, Edward Vernon zwany "Starym Grogiem". Ten zdeklarowany militarysta i zwolennik brytyjskiej przewagi na wszelkich morzach świata, doprowadził do wysłuchania Jenkinsa przez równie wojowniczo nastawioną Izbę Gmin, która po wysłuchaniu dopracowanej do perfekcji opowieści o tym jak podli Hiszpanie traktują biednych angielskich kupców, postanowiła wypowiedzieć im wojnę.

Z uwagi na nieporównywalny z niczym innym idiotyzm podanego przez Brytyjczyków cassus belli, wojna ta naprawdę przeszła do historii pod nazwą wojny o ucho Jenkinsa. Oczywiście wszystkie źródła historyczne podają, że jej prawdziwym powodem było wypowiedzenie przez Hiszpanów wspomnianego wyżej przywileju dla angielskich kupców w 1738, ale my wolimy wierzyć, że naprawdę poszło o ucho. O gnijące przez osiem lat ucho angielskiego przemytnika, którego historia zarazem urzekła i rozwścieczyła angielski parlament. O ucho, będące plamą na honorze narodu angielskiego. Tak jest znacznie zabawniej.

Na wieść o wypowiedzeniu wojny, przeciwny jej od początku ówczesny brytyjski premier Robert Walpole (który jako pierwszy szef rządu JKMości zaczął rezydować pod nr 10 na Downing Street) miał powiedzieć:

Dziś bijecie w dzwony, jutro będziecie załamywać ręce...

co niebawem miało okazać się prorocze.

Koniec części I. W następnym odcinku - Stary Grog idzie na wojnę a Brytania rządzi