Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XIX wiek. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 sierpnia 2009

Aaaa Kanadę na Irlandię wymienię - bezpośrednio


We are the Fenian Brotherhood, skilled in the arts of war,
And we're going to fight for Ireland, the land we adore,
Many battles we have won, along with the boys in blue,
And we'll go and capture Canada, for we've nothing else to do.

Jeśli sądzicie, że sobie z Was kpimy, to niestety ale jesteście w błędzie. Nie przejmujcie się - w 1866 wszyscy mieszkańcy brytyjskich kolonii w Kanadzie przecierali oczy ze zdumienia, słysząc o dobrze uzbrojonych irlandzkich wojskach, które jak gdyby nigdy nic wkroczyły na ich teren i zaczęły strzelać. Jak do tego doszło i tak w zasadzie to o co chodziło?

W 1848 roku tzw. powstanie młodoirlandzkie upadło, rozgromione przez Brytyjczyków i dobite klęską głodu, która zmusiła wielkie rzesze Irlandczyków do emigracji, głównie do USA. Nie zrezygnowali oni jednak z marzeń o niepodległości - już w 1858 w Stanach powstaje Bractwo Fenian o jasno określonym celu - Irlandia dla Irlandczyków, Angole do piachu. Fenianie szybko zyskują popularność, nie tylko wśród irlandzkich emigrantów, ale także wśród pozostałych mieszkańców Północy USA, tradycyjnie niechętnych Anglikom i królowej. Ponieważ na tych sympatiach i antypatiach można było wiele ugrać w amerykańskiej polityce (głosy Irlandczyków były liczne i ważne), Fenianie wraz ze swoim programem przebijają się na najważniejsze salony Waszyngtonu i Nowego Jorku.

W wyniku poparcia udzielanego przez amerykańskie elity a także dzięki znacznym zasobom gotówki uzyskanym dzięki sprzedaży bonów, które miały zostać wykupione przez rząd niepodległej Irlandii, na łonie organizacji powstaje śmiały by nie rzec szalony plan - zabierzemy Brytolom Kanadę i wymienimy na Irlandię! Ba, jeszcze nam pewno dopłacą! Na przełomie 1865 i 1866 roku weteran wojny secesyjnej generał Thomas "Walczący Tom" Sweeney opracowuje szczegóły przedsięwzięcia - 25 tysięcy Fenian wmaszeruje w 3 kolumnach do Kanady w krótkim czasie opanuje cały kraj. Na czas przygotowań do inwazji, generał uzyskuje nawet specjalne zwolnienie z amerykańskiego wojska. Moment wydaje się sprzyjający - właśnie skończyła się wojna secesyjna, więc broni i ludzi potrafiących z niej korzystać jest pod dostatkiem. A pieniędzy, jak już wspomnieliśmy, Fenianom również nie brakowało.


Na początku 1866 Fenianie spotykają się z Andrew Jacksonem, prezydentem USA, który nieoficjalnie obiecuje uznać Irlandzką Republikę Kanady, o ile powstańcom uda się ją stworzyć. Zachęceni poparciem, Irlandczycy w lutym 1866 zatwierdzają plan inwazji i zupełnie oficjalnie rozpoczynają przygotowania do wojny. Nikt nie traktuje ich planów serio.

Obserwując co działo się potem można powiedzieć jedno - nikt nie wierzył, że zaatakują. zwłaszcza po tym jak 19 kwietnia 1866 rozbita zostaje pozorowana inwazja na Wyspę Campobello (Nowy Brunszwik). Jednak 31 maja 1866 Fenianie zaskakują wszystkich - po unieruchomieniu amerykańskiej kanonierki, ok. 1500 Irlandczyków z naszywkami IRA oraz pod zieloną flagą przekracza graniczną rzekę Niagara i atakuje brytyjskie posterunki. Pada Fort Erie, Fenianie rozbijają okoliczne siły wroga. I tu następuje niekorzystny splot okoliczności.



Po pierwsze, spodziewane posiłki nie docierają, bo Amerykanie naprawiają kanonierkę i uniemożliwiają przeprawę kolejnym 3 tysiącom dobrze uzbrojonych weteranów wojny secesyjnej. Po drugie, amerykański rząd widzi, że za chwilę może mieć na karku wojnę z Anglią, bo wygląda na to, że traktowani z przymrużeniem oka irlandzcy bojownicy naprawdę zaczęli strzelać. Waszyngton działa szybko i w miarę skutecznie - aresztuje wszystkich "którzy mogliby wyglądać jak Fenianie", zabiera im broń i funduje bilety kolejowe do domu pod warunkiem złożenia przysięgi nie atakowania sąsiadów USA bez zgody Boga, prezydenta i rządu. Wprawdzie sympatyzujący z Irlandczykami funkcjonariusze rządowi po cichu oddają im broń, zabierają bilety i zachęcają do skopania Angolom tyłków, ale cała sprawa powoli zaczyna się rozłazić. W efekcie, druga z trzech kolumn (atak od strony Detroit) w ogóle nie atakuje Anglików, co powoduje klęskę pierwszej kolumny, która pod naciskiem po kilku dniach musi się wycofać do USA. Amerykanie aresztują Fenian za organizowanie nielegalnych akcji zbrojnych, ale zaraz potem wypuszczają.


Ostatnim akcentem wojny jest atak kilku tysięcy Fenian (trzecia kolumna) na wschodnią Kanadę, który kończy się wygraniem paru potyczek i ucieczką za granicę z braku lepszych opcji. Ścigające oddziały brytyjskie przekraczają granicę USA i przez pomyłkę zabijają 1 cywila. W sumie - dość żenująco.

Summa summarum, Irlandczycy nie zdobywają Kanady, choć bardzo chcą i całkiem nieźle się starają. Próbują jeszcze parę razy potem w XIX wieku, ale nadal bez powodzenia. W walkach wspierają ich też inne nacje, jak uwolnieni niewolnicy z Południa i kilkuset Indian z plemienia Mohawków. W 1881 Fenianie testują nawet łódź podwodną, która ma zatapiać brytyjskie okręty, ale okazuje się ona niezdatna do użytku. Dziś to cudo można oglądać w muzeum.


Niepodległość Irlandia odzyska dopiero po I wojnie światowej, bez wymiany na Kanadę czy inne brytyjskie dominium. W sumie to chyba nawet szkoda...

niedziela, 28 czerwca 2009

Chłopcy z Essex najwyraźniej znowu mieli pecha, sir...


Wśród oddziałów Jej Królewskiej Mości, na naszą szczególną uwagę zasługuje z pewnością 44 Regiment Piechoty (44th East Essex Regiment of Foot). Poznajcie ich - oto najczęściej masakrowana brytyjska jednostka na przestrzeni XVIII i XIX wieku!

Walczące Czwórki, jak popularnie nazywano ten oddział, w latach 1741 - 1881 (kiedy to pułk w wyniku reorganizacji w brytyjskiej armii wszedł w skład Essex Regiment) był wycinany do nogi aż trzykrotnie, po to tylko by po kolejnym odtworzeniu dostać jeszcze cięższego łupnia.

Już w cztery lata po jego powołaniu, w 1745 roku regiment brał udział w tłumieniu jakobickiej rebelii, która wybuchła w Szkocji. Powstańcy chcieli osadzić na tronie Karola Edwarda Stuarta, ale nie to jest dla naszej historii ważne. Liczy się w zasadzie jeden dzień - 21 września 1745 roku, kiedy to podczas bitwy pod Prestonpans oddział doświadczył skutków spektakularnej szarży 1400 szkockich górali, której towarzyszyły "dzikie góralskie okrzyki wojenne i mrożące krew w żyłach piskliwe dźwięki dud". Ponieważ brytyjski dowódca tak sprytnie ustawił swoje wojska, że nie mogły się one wycofać, całe "Walczące Czwórki" trzeba było wpisać na listę strat.


Już w 10 lat później, bo w 1755 roku przerzucony do Ameryki Północnej regiment brał udział w tzw. "Ekspedycji Braddocka" w ramach Wojny z Francuzami i Indianami. Wyprawa ta miała na celu zdobycie Fortu Duquesne na brytyjsko-francuskim pograniczu. Cały brytyjski kontyngent liczył ok. 2200 ludzi, lecz szybko topniał w wyniku chorób, niedożywienia i ataków sprzyjających Francuzom Indian. Mimo to Brytyjczycy dumnie i flegmatycznie ciągnęli swoje działa przez niedostępną puszczę, robiąc średnio ok. 4 km dziennie. 9 lipca 1755 roku doszło do bitwy nad rzeką Monongahela, która w dużym skrócie polegała na bezkarnym ostrzeliwaniu skłębionej na małej przestrzeni masy Angików przez stojące na okolicznych zalesionych wzgórzach dwukrotnie mniej liczne siły francusko-indiańskie ustawione w formacji podkowy. Straty po stronie brytyjskiej - 456 zabitych, 521 rannych (w tym cały nasz 44 Regiment), po francuskiej - 23 zabitych, 20 rannych.


Po zmasakrowaniu najpierw przez półdzikich szkockich górali potem zaś przez Indian wydawało się, że Walczące Czwórki nie mogą już niżej upaść. A jednak! W 1840 roku regiment był częścią brytyjskich sił, które zaatakowały Afganistan i obsadziły Kabul. Historię tą opiszemy szerzej przy innej okazji. Powiedzmy tylko, że przeciwko Brytyjczykom wybuchło powstanie pod wodzą niejakiego Akbar Chana, które Anglicy przez cały 1841 rok skutecznie ignorowali. Żarty skończyły się gdy Afgańczycy odcięli Kabul. Wówczas to brytyjski dowódca z niebywałą wprost nonszalancją wynegocjował porozumienie, na mocy którego w zamian za gwarancje bezpieczeństwa angielskie wojska oddały powstańcom większość swojej broni. 1 stycznia 1842 rozpoczął się eksodus brytyjskiej armii (którą oprócz naszego 44 Regimentu tworzyły głównie oddziały złożone z Hindusów), która przestała istnieć już 13 stycznia. Jak się można łatwo domyśleć, Afgańczycy nie dotrzymali warunków porozumienia. Z 16 tys. ludzi przy życiu został jeden, jak na ironię - lekarz. Tak oto po raz trzeci Walczące Czwórki przestały istnieć.

Nie potrafimy w żaden sposób wyjaśnić fatum ciążącego nad tym nieszczęsnym oddziałem. Potraktujmy sprawę tak, jakby skomentował ją XIX wieczny brytyjski oficer: "Chłopcy z Essex najwyraźniej znów nie mieli szczęścia... No cóż, hem, to chyba już będzie pora na herbatę."

wtorek, 28 kwietnia 2009

Wojna krótsza od partyjki golfa - prawdziwi dżentelmeni po herbatce zwalczają Zanzibar


Naszą zabawę z historią militarną świata zaczynamy tradycyjnie od powtórki z geografii. Kto wie gdzie leży i czym jest Zanzibar ręka do góry. Nikt nie wie? Ech, straszne z Was łżeelity i lumpeninteligencja. No dobra, bez żartów. Zanzibar to wyspa u wybrzeży Tanzanii, wchodząca obecnie w skład tego państwa, okresami niepodległa. Obecnie Zanzibar eksportuje goździki i orzechy kokosowe, więc jest gospodarczo pokrewny Gabonowi Co Się Jarkowi Kaczyńskiemu Objawił. Wcześniej Zanzibar eksportował głównie niewolników.

W 1858 roku Zanzibar z małą pomocą swoich brytyjskich przyjaciół całkowicie uniezależnił się od Omanu, uzależnił zaś całkowicie od Londynu. De facto stał się brytyjskim protektoratem i to do tego stopnia, że liczącą tysiąc żołnierzy Niezwyciężoną Armią Zanzibaru i Jego Walecznego Sułtana dowodził brytyjski oficer - sir Arthur Raikes. Brytyjczycy wspierali swojego wiernego sojusznika jak mogli - dali pieniążki na nowy pałac i ładny harem, podłączyli w pałacu prąd elektryczny a nawet podarowali sułtanowi jacht o czysto zanzibarskiej nazwie Glasgow, który odtąd stanowił Niezatapialną Wojenną Flotę Zanzibaru.

Słowem - czysta sielanka.

Pod koniec XIX wieku coś jednak zaczęło się psuć, a mianowicie mieszkańcy wyspy przestali podzielać sympatię swojego władcy do królowej Wiktorii. Głównie dlatego, że Londyn kazał sułtanowi znieść na wyspie niewolnictwo, jednym pociągnięciem demolując lokalny handel oraz bezceremonialnie naruszając kilkusetletnią tradycję handlowania przez wyspiarzy sąsiadami z kontynentu. Na fali tych nastrojów, sułtan Sayyid Hamad bin Thuwaini Al-Busaid za zgodą brytyjskiego konsula zaczął werbować straż pałacową, która wespół z armią miała zapewnić spokój na wyspie.

Zaiste, słaba była to straż, bowiem 25 sierpnia 1896 sułtan został otruty w pałacu przez swojego siostrzeńca Sayyida Khalida bin Barghash Al-Busaid, który jako nowy sułtan Zanzibaru przejął władzę pod hasłem wyrzucenia z wyspy Brytyjczyków, przywrócenia tradycji (czytaj: niewolnictwa), powrotu do starych dobrych czasów itp. Zmiana na tronie rzecz jasna nie podobała się Anglikom, którzy ustami konsula oraz dowódcy zanzibarskiej (sic!) armii próbowali zmusić Khalida do abdykacji przemówić nowemu władcy do rozumu.

Sułtan jednak Brytolom nie zwykł był się kłaniać. Nie mając kontroli nad własną armią, rozpoczął manewry swej nowo sformowanej straży pałacowej (wraz z przymusowymi ochotnikami spośród ludności cywilnej, służby i niewolników - 2800 ludzi), obsadził artylerię (kilka karabinów maszynowych Maxima, jeden karabin Gatlinga, jedna lekko zardzewiała armata z XVII wieku, dwa 12-funtowe działa produkcji niemieckiej, których nikt nie umiał obsługiwać - zapewne z powodu bariery językowej) oraz flotę (wspominany już jacht Glasgow, dar królowej Wiktorii dla jednego z poprzednich sułtanów). Brytyjczycy nie pozostali dłużni, wysadzając mały kontynent piechoty morskiej do ochrony swego konsulatu oraz gromadząc w pobliskiej zatoce flotę wojenną w liczbie 5 okrętów.

Rozpoczęła się gra nerwów, która trwała przez cały dzień 26 sierpnia. W tym czasie Brytyjczycy wywozili z wyspy wszystkich Europejczyków, zaś Khalid zastanawiał się co odpowiedzieć na brytyjskie ultimatum. Zgodnie z wyrafinowaną tradycją brytyjskiej dyplomacji, było ono wykaligrafowane na eleganckim wizytowym papierze, opatrzone szeregiem pieczęci oraz zamaszystym podpisem. Jego sedno można streścić w zdaniu: "Poddaj się. Masz czas do godziny 09:00 27 sierpnia 1896 roku. W przeciwnym razie otworzymy ogień. Z wyrazami szacunku..." Sułtan-skrytobójca uznał, że Anglicy blefują i postanowił ich sprawdzić. Był to krok nierozważny...



27 sierpnia 1896 roku o godzinie 09:02 rano rozpoczęła się wojna pomiędzy Zanzibarem a Wielką Brytanią. Sytuacja strategiczna przez około minutę wyglądała z grubsza tak jak przedstawiono na koślawym szkicu powyżej. Na drewniany pałac sułtana spadły pierwsze pociski, powodując pożary, panikę i pospieszną ewakuację z pozycji, która nagle okazała się raczej nie do obrony ("Czcigodny sułtanie - oni mają działa!"). Bombardowanie trwało aż do 09:40 kiedy to jeden z obrońców pałacu przytomnie wywiesił białą flagę. W międzyczasie pomiędzy 09:05 a 09:15 miała miejsce również bitwa morska, kiedy to Glasgow wystrzelił salwę pocisków w stronę jednego z brytyjskich okrętów nie robiąc mu nic, po czym sam stał się obiektem ostrzału odwetowego, który natychmiast go zatopił.

Tak więc wojna lądowo-morska trwała 38 minut zaś wojna na morzu - 10 minut, przy czym należy przyjąć około dwuminutową poprawkę z uwagi na dokładność ówczesnych zegarków, różnice czasowe itp. Tak czy owak - czapki z głów panowie, mówimy o najkrótszej wojnie w historii świata!


Jakie były skutki tej wojny? Zależy dla kogo. W walkach, pożarach i ogólnym chaosie zginęło ok. 500 Zanzibarczyków oraz 20 zamieszkujących wyspę Hindusów, którzy zginęli wkrótce po tym jak mieszkańcy wyspy potraktowali wystrzał z brytyjskiego działa jako sygnał do ogólnego grabienia i plądrowania. 1 brytyjski podoficer został ranny tego dnia. Zniszczeniu uległ pałac sułtana, jego artyleria oraz flota. Wahamy się użyć sformułowania "flota Zanzibaru została zatopiona" gdyż z uwagi na płytkość zatoki spod wody wystawały maszty niegdyś pięknego jachtu, co widać na poniższym zdjęciu. Dodajmy, że widok ten utrzymywał się aż do 1912 roku...



Co oczywiste, Brytyjczycy wprowadzili na tron takiego przedstawiciela dynastii Al-Busaid jaki im pasował, zaś Khalid "Nieudany Skrytobójca" znalazł schronienie w Niemieckiej Afryce Wschodniej, gdzie przebywał aż do 1916 roku. Wtedy to został schwytany przez brytyjskie oddziały i osadzony na Wyspie Świętej Heleny. Prawie jak Napoleon...

Na mocy traktatu pokojowego Zanzibar zobowiązał się pokryć koszty pocisków wystrzelonych na miasto przez flotę JKMości jak również koszty gaszenia pożaru przez naprędce zorganizowaną przez Anglików straż ogniową.

Słowem - jaka wojna, taki traktat pokojowy.

niedziela, 26 kwietnia 2009

Sjesta Mexicana początkiem niepodległego Teksasu

Wojna o niepodległość Teksasu, która zaczęła się od nie oddania Meksykanom pewnej starej, nie działającej armaty (patrz obrazek obok; ściślej - armata była sprawna, ale nie było do niej amunicji), w 1836 roku przebiegała całkiem daleko od OK, przynajmniej z punktu widzenia Teksańczyków. Generalnie cały Teksas zajęty był przede wszystkim uciekaniem przed meksykańską armią. Uciekali wszyscy - rząd, wojsko i ludność cywilna, każde w inną stronę. Z kolei Meksykanie, podzieleni na trzy osobne kolumny, zajęci byli głównie ściganiem uciekających. Tyle w temacie "zarys sytuacji strategicznej dla początkujących".

W pościg za zdemoralizowanym teksańskim wojskiem, liczącym ok. 900 "nieregularnych" żołnierzy, udał się osobiście generał i wielokrotny prezydent Meksyku Antonio de Padua María Severino López de Santa Anna y Pérez de Lebrón (znany jako Santa Anna) na czele 1400 żołnierzy, podobno elitarnych i świetnie wyszkolonych. Jak się wkrótce miało okazać - nie do końca. Naciskani przez niego Teksańczycy pod wodzą Sama Houstona uciekając przekroczyli most na rzece San Jacinto (słynny Vince Bridge) i trafili na teren, który ze wszystkich stron otoczony był przez rzeki, rozlewiska lub po prostu bagna. Nie, nie mylicie się - Teksańczycy nie mieli już gdzie uciekać...

Pewny siebie meksykański generał 19 kwietnia 1836 roku również przekroczył rzekę i rozbił obóz kilka mil dalej. Wiedząc w jakim położeniu znajduje się Houston, postanowił poczekać trzy dni, dać wojsku odpocząć a następnie jednym ciosem zgnieść teksańską rebelię i wrócić do domu. W końcu Houston nie miał już gdzie uciekać, prawda?

Sprawy potoczyły się jednak nieco inaczej niż planował Santa Anna. Teksańczycy doskonale zdawali sobie sprawę z tego w jak tragicznym są położeniu. Nie mając nic do stracenia, postanowili sami zaatakować.

W ramach przygotowań do natarcia, oddział zwiadowców niepostrzeżenie ominął meksykańskie linie i spalił most Vince'a - jedyną drogę odwrotu dla obu armii. Sam atak rozpoczął się 21 kwietnia o 16:30 i można go krótko opisać jako serię absurdalnych wypadków, które nie powinny się zdarzyć, a jednak miały miejsce. Po pierwsze, Meksykanie nie wystawili wart. Jakichkolwiek. Po drugie, akurat byli zajęci sjestą. Musieli tego dnia tęgo popić, ponieważ Teksańczykom udało się nie tylko podejść na kilkadziesiąt kroków, ale także podciągnąć dwie małokalibrowe działa znane jako "Bliźniaczki".



Łatwo można sobie wyobrazić co było dalej. Następuje atak, przerażeni meksykańscy żołnierze wybiegają z namiotów, prosto pod kule karabinowe. Strzelające kartaczami Bliźniaczki zbierają krwawe żniwo. Panika, chaos, bezładna ucieczka. Ale nie ma dokąd uciekać, most spalony. Teksańczycy zabijają kogo popadnie, żądni zemsty za Alamo postanawiają nie brać jeńców wbrew rozkazom swojego dowódcy, którego chwilowo nikt nie słucha. Tak właśnie wyglądała Bitwa pod San Jacinto, w wyniku której Teksas miał uzyskać niepodległość.

Z 1400 meksykańskich żołnierzy tylko 700 trafia do niewoli, reszta ginie lub jest ranna. Teksańczycy tracą 8 zabitych i 17 rannych. Sam generał Santa Anna zostaje po jakimś czasie odnaleziony na pobliskich bagnach i wzięty do niewoli. Ponoć rozpoznano go po jedwabnej bieliźnie, którą zwykł nosić. Santa Anna zgadza się wyprowadzić swoje wojska z Teksasu a niecały rok później jest już po wszystkim - Meksyk niechętnie musi uznać niepodległość tego terytorium.

Dziś na polu bitwy wznosi się ten oto pomnik.



Naszym zdaniem, powinien raczej przedstawiać pijanego meksykańskiego żołnierza, bowiem o zwycięstwie nie zadecydował geniusz teksańskiego dowódcy lecz latynoskie upodobanie do sjesty i wszystkiego co się z tym wiąże.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Ojcowie założyciele kontra bracia piraci - cz. II

Jak napisaliśmy wcześniej, żadnej ze stron nie udało się wywalczyć zdecydowanej przewagi na morzu. Mówiąc językiem piłkarskim - było 1:1 po bramce dla Amerykanów (zniszczenie Tripoli) oraz samobóju (spalenie Philadelphii), flota USA cisnęła ale nic z tego nie wynikało.

Przed wojną USA miały w Trypolitanii swojego przedstawiciela, który nieco orientował się w stosunkach lokalnych. William Eaton, teraz już jako chwilowo bezrobotny eks-konsul i samozwańczy doradca amerykańskiej floty ds. stosunków z ludnością tubylczą, zasugerował poparcie przez Amerykę pretensji do władzy w Trypolitanii zgłaszanych przez Hameta Karamanli, rodzonego brata paszy. Ponieważ ekskonsul był przedsiębiorczy i energiczny a dowództwo floty chwilowo nie miało lepszego pomysłu na wojnę, w maju 1804 roku oddział 10 marines pod wodzą Eatona oraz porucznika Presley'a O'Bannona wylądował zszedł na ląd w Aleksandrii w cywilnych ubraniach, starając się nie rzucać zanadto w oczy.

Po krótkiej naradzie wojennej ustalono co następuje:
- trzeba przekonać Hameta Karamanli do amerykańskiego planu - to akurat nie stanowiło większego problemu,
- 10 żołnierzy to trochę za mało do prowadzenia poważnej operacji lądowej - postanowiono więc rozejrzeć się za jakimś wsparciem.

Ponieważ realizacja planu trochę trwała, armia ekspedycyjna spędzała czas włócząc się po knajpach, zwiedzając zabytki, podrywając odpłatne portowe panienki i generalnie starając się miło spędzić czas przed zbliżającą się akcją. W tym czasie, ekskonsul rozwiązał oba problemy, rekrutując do armii ekspedycyjnej zarówno kandydata na nowego paszę Trypolitanii, jak i ok. 500 najemników. Przy okazji, mianował się generałem, przeciwko czemu nikt szczególnie nie protestował. Ekspedycję można więc było rozpocząć.

Szybko okazało się, że marsz wzdłuż wybrzeża Morza Śródziemnego pod osłoną 3 amerykańskich okrętów trzeba będzie prowadzić w trzech osobnych kolumnach. Najemnicy zostali bowiem zrekrutowani spośród prawosławnych Greków, którzy nie lubili muzułmanów, Arabów, którzy nie ufali innowiercom, oraz Berberów, którzy od tysiąca lat konsekwentnie nie lubili nikogo. Problemy były też z wydawaniem rozkazów, jako, że krnąbrni żołnierze dość słabo posługiwali się językiem Szekspira i Locka. W trakcie paręsetkilometrowego marszu wzdłuż libijskiego wybrzeża, jakimś cudem nie doszło do wyrżnięcia się poszczególnych oddziałów nawzajem. Przy okazji, Trypolitania całkowicie zlekceważyła amerykańskie wojska, co zasadniczo ułatwiło sprawę.

27 kwietnia 1805 roku amerykańskie (w sensie dowództwa) siły inwazyjne podeszły pod Dernę, stolicę Cyrenajki, jednej z trypolitańskich prowincji. Flota rozpoczęła bombardowanie, zaś wojska lądowe rozpoczęły atak - Grecy osobno, muzułmanie osobno. Grekom pod amerykańskim dowództwem jako wzbudzającym większe zaufanie powierzono generalny szturm portu, zaś połączone siły dzikusów arabsko-muzułmańskie z kandydatem na paszę jako dowódcą obeszły miasto od drugiej strony aby odciąć uciekający garnizon a przy okazji "wzbudzić panikę wśród ludności cywilnej" (ang. looting and pillaging). Atak zakończył się całkowitym powodzeniem, miasto padło.

Ale Yusuf Karamanli nie dawał za wygraną. Na czele posiłków w maju 1805 roku próbował odbić Dernę, lecz po zaciętych walkach został zmuszony do odwrotu. Duża w tym zasługa zaporowego ognia amerykańskiej floty, na którą nie było rady. Bitwa pod Derną była pierwszym amerykańskim zwycięstwem lądowym odniesionym poza terenem USA.

W wyniku odniesionego zwycięstwa, doszło do trzech rzeczy:
- ekskonsul i samozwańczy generał postanowił kontynuować marsz na Trypoli, czego jednak nie udało mu się zrealizować,
- dzielny porucznik O'Bannon (zwany w amerykańskiej historiografii Bohaterem z Derny) otrzymał od przyszłego paszy miecz mamelucki, jako nagrodę za odwagę i poświęcenie w służbie miłującego pokój narodu trypolitańskiego,
- przerażony obecny pasza postanowił czym prędzej zawrzeć z Ameryką pokój, co w sumie miało największe znaczenie dla przyszłego rozwoju wydarzeń.

W efekcie, ku zgryzocie ekskonsula, 10 Marines wycofało się z Derny wraz z mameluckim mieczem, zostawiając najemników i niedoszłego-przyszłego paszę na lodzie. Tak oto narodziła się nowa amerykańska tradycja wojskowa, polegająca na załatwianiu spraw rękami sojuszników, a następnie wystawianiu ich do wiatru gdy stają się zbędni. Tradycja ta jest konsekwentnie podtrzymywana do dziś przez kolejnych prezydentów. Jeśli chodzi o warunki pokojowe, to strony wymieniły jeńców zaś pasza Trypolitanii zobowiązał się więcej amerykańskich statków nie zatapiać. Innymi słowy - pełen sukces.

Wojna, cokolwiek by o niej nie mówić, trwale wpisała się także do historii US Marines.

Po pierwsze - miecz mamelucki w wersji krótkiego paradnego kordu na stałe stał się elementem paradnego munduru oficerów US Marines. Po drugie - w powstałym jakiś czas później hymnie tej formacji wojskowej drugi wers wprost odwołuje się do naszej żenującej kampanii:

From the Halls of Montezuma,
To the shores of Tripoli;
We fight our country's battles
In the air, on land, and sea;

O Halls of Montezuma napiszemy innym razem, też jest to dobra historia. Dla tych, którzy wolą wersję muzyczną hymnu - prosimy bardzo:



Prawda, że fajne? My wolimy jednak wersję z tym tekstem...
From the banks of the river Wear,
To the shores of Sicilly,
We're gonna fight, fight, fight for Sunderland,
To win the football league,
To hell with Man United,
To hell with Liverpool,
We're gonna fight, fight, fight for Sunderland,
To win the football league...


...oraz ten hymn wojskowy - w kontekście tego o czym piszemy jakoś bardziej do nas przemawia (trzeba zrobić głośniej, słabo słychać). Kto nie widział całego filmu ten trąba.



Jako swoiste memento dla całej wojny zacytujmy tekst drugiego z prezentowanych hymnów. Niech to wystarczy za najlepsze z możliwych podsumowań.
We're gathered here with a cross to bear
The bravest men anywhere
That this great land will remain free
God bless the men of the 303

Side by side we know no fear
Our minds are sharp, our eyes are clear
ln the air, on land or on the sea
We're the fightin' men of the 303

Give us this day our daily bread
and leopard skin for our head
Common ground and family
Let's give thanks to the 303

Years from now when we are gone
Our children's kids will hear this song
Think how strong and proud they'll be
Grandpa fought for the 303

czwartek, 2 kwietnia 2009

Ojcowie założyciele kontra bracia piraci - cz. I


W 1798 roku Napoleon Bonaparte w trakcie wakacyjnej podróży do Egiptu zrobił światu psikus, znikając z mapy Zakon Kawalerów Maltańskich - przeżytek epoki średniowiecznej, zbyteczny w czasach rozumu, pieniądza, broni palnej i gilotyny. Jak się wkrótce miało okazać, brak średniowiecznej skamieliny najmocniej mieli odczuć... Amerykanie, wchodzący właśnie w okres zwany "epoką dobrego samopoczucia".

Bez sensu? Tylko z pozoru. Kawalerowie Maltańscy przez ostatnie 350 lat dość skutecznie powstrzymywali grabieżcze zapędy krajów Maghrebu, trudniących się głównie piractwem oraz związanym z tym handlem niewolnikami. Możecie nazwać to centralnie planowaną gospodarką monokulturową, która po likwidacji Zakonu weszła właśnie w fazę dynamicznego rozwoju. Ponieważ kraje europejskie akurat toczyły wojnę którejśtam koalicji z rewolucyjną i bezbożną Francją, opłacały się piratom aby mieć od nich na chwilę święty spokój.

Amerykanie początkowo postępowali dokładnie tak samo, tyle, że dla nich wydatki związane z płaceniem haraczu arabskim terrorystom (ha ha - musieliśmy to tak napisać!) stanowiły pokaźny uszczerbek w budżecie (ok. 2-5%). Mówimy o czasach, w których Kongres ani prezydent nie mieli prawa nakładania podatków bez zgody legislatur stanowych, które z reguły zgodnie nakazywały im iść i się gonić. Armia USA liczyła wówczas całe 700 osób.

Próbując rozwiązać spór polubownie, do Trypolitanii wysłano poselstwo. Na złożoną propozycję rezygnacji z haraczu lub chociaż jego obniżenia, usłyszało ono z grubsza następującą odpowiedź:
- jesteście niewiernymi a prawowierni muzułmanie mają prawo grabić niewiernych na morzu, lądzie i nawet w powietrzu,
- będziecie płacić nam haracz gdyż jesteśmy wielcy, groźni i przerażający zaś nasza flota z radością złupi wasze statki handlowe a wasze kobiety sprzeda w niewolę do Czadu,
- gońcie się, o nieznający naszego wspaniałego alfabetu dziwni ludzie o trudnych do wymówienia imionach,
- Allah akbar.


Póki u władzy byli federaliści, sprawę haraczu i zbójeckich państw Maghrebu odłożono ad acta. Sytuacja zmieniła się gdy do władzy doszedł Jefferson, który pośród wielu innych zasad wyznawał tą, że z terrorystami się nie negocjuje. Gdy w 1801 roku zdecydował, że Stany nie zapłacą Trypolitanii należnego haraczu, zdenerwowany pasza Yussif Karamanli postanowił wypowiedzieć Ameryce wojnę. Ponieważ średnio orientował się gdzie leżą Stany Zjednoczone i nie chciało mu się za bardzo pisać do Jeffersona listów, nakazał ściąć maszty z flagami USA przed konsulatami w Algierze, Tunisie i Tripoli. Wojna w pewnym sensie wybuchła.

Zdaniem ekipy Wojny o Ciacho, wojny w zasadzie nie byłoby widać gdyby nie poczynania Amerykanów. Pasza był kiepski z geografii, nie miał zamiaru palić Waszyngtonu ani pustoszyć wybrzeży Wirginii, więc jedynym oprócz likwidacji amerykańskich konsulatów dowodem na to, że wojna się toczy, były napady na statki handlowe, które przed wojną i tak miały miejsce. Jefferson postanowił jednak rzecz raz na zawsze zakończyć, wysyłając na Morze Śródziemne całą amerykańską flotę wojenną w liczbie 8 okrętów celem przeprowadzenia blokady morskiej państw zbójeckich, posłania na dno wszystkiego co będzie można posłać i tym podobne.

Już w sierpniu 1801 statek USS Enterprise zatopił trypolitański okręt Tripoli, co nie powinno dziwić zważywszy, że dysponował bronią kosmiczną, mógł teleportować załogę i robić masę innych rzeczy, które widzieliście w telewizji. Tak poważnie - blokada trwała od 1801 do samego końca wojny (1805), przy czym największym sukcesem amerykańskich operacji morskich było spalenie USS Philadelphia, który osiadł na mieliźnie. Chodziło zasadniczo o to, żeby nowoczesny statek nie wpadł w ręce wroga, co mogłoby znacząco przechylić szalę zwycięstwa na korzyść Arabów. Znacznie lepiej udały się działania lądowe (tak - były takie!), o czym w następnym odcinku.

Jako ciekawostkę dodajmy, że w prowadzeniu blokady Amerykanów wspierali Szwedzi (chyba jedyny raz w historii), którym jednak udało się uniknąć wpakowania swoich okrętów na mieliznę. Szwedzi podobnie jak Amerykanie haraczu Arabom płacić nie chcieli. Ponieważ w czasie tej wojny nie spalili ani jednego własnego okrętu, nie zyskali chwały ni bohaterów narodowych. Nie lubimy ich za to szalenie.

Dowódca USS Philadelphia był albo wyjątkowym pechowcem, albo skończonym idiotą, gdyż nie pierwszy raz w tej kampanii wystawiał Amerykę na pośmiewisko całego świata. W 1800 podczas przewożenia haraczu dla paszy Trypolitanii dość niefrasobliwie zakotwiczył okręt w polu rażenia wszystkich dział jakimi tylko pasza dysponował, więc trudno było mu odmówić prośbie tego władcy dotyczącej wywieszenia na okręcie jego własnej flagi oraz przewiezienia trypolitańskiego ambasadora do Stambułu. Z kolei Stephen Decatur, który dowodził operacją spalenia USS Philadelphia został okrzyknięty bohaterem narodowym.

Rudy 2008-05-29:
Gurek, nie ma co się spinać, lepiej jest coś spalić...


Koniec części I. W kolejnym odcinku - szalona epopeja przedsiębiorczego eks-konsula, 10 US Marines przeciw Arabom, bezimienni najemnicy oraz miecz mamelucki.