Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hiszpania. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2009

Jaka piękna latino katastrofa pod Annualem...

Czy słyszeliście kiedyś o Rifanach? Ja też nie. A jednak Rifanie w odróżnieniu od Marsjan istnieją naprawdę, przez moment w latach 20-tych poprzedniego stulecia mieli nawet własne państwo z tą ładną flagą obok. To, że Republiki Rif nie uznawał absolutnie nikt, to już drobny szczegół.

O istnieniu Rifan najboleśniej przekonali się nie uznający ich Hiszpanie i właśnie o tym będzie ta historia.




Gdzież ach gdzież leżała niegdysiejsza Republika Rif? Odpowiedź na to pytanie widać powyżej - to górska, najbardziej wysunięta na północ część dzisiejszego Maroka. Kraina ta jest zamieszkana przez berberyjski naród Rifan, których obecnie jest na świecie prawie 5 milionów, z czego większość mieszka w Maroku i Algierii. Jak się szacuje, ta zacna kraina dostarcza światu około połowy dostaw haszyszu, ku utrapieniu służb policyjnych całego świata. Wszystkim mieszkańcom niegdysiejszej Republiki Rif dedykujemy przeto ten utwór muzyczny (nagrany specjalnie na ich cześć):



Na początku 1921 roku Hiszpania postanowiła poszerzyć swoje posiadłości w północnym Maroku o tereny będące w posiadaniu Rifan, zjednoczonych przez charyzmatycznego kadiego Mohammeda Ben Abd el-Krim, wykształconego w Hiszpanii dziennikarza lokalnej gazety. Jak się wkrótce miało okazać, przywódca nieuznawanej przez nikogo Republiki Rif był samorodnym talentem wojny partyzanckiej, ale nie uprzedzajmy faktów. Póki co wojska hiszpańskie pod dowództwem gen. Manuel Fernández Silvestre y Patinga dumnie wkroczyły w niegościnne górskie rejony, nie kłopocząc się zbytnio takimi pierdołami jak zabezpieczenie tyłów czy zaopatrzenie. Do czasu opisywanej kampanii największym osiągnięciem hiszpańskiego dowódcy było nie obronienie Kuby przed inwazją waranów wojsk USA w 1898 roku oraz nieoficjalny rekord świata w ilości ran otrzymanych podczas jednej bitwy (łącznie 22). Na nieszczęście Hiszpanów Silvestre jakimś cudem to przeżył...

To miał być spacerek i na początku wszystko na to wskazywało. Hiszpanie nie napotykali oporu i radośnie rozpraszali swoje wojska, zaś Berberowie bez trudu przenikali na ich tyły, odcinając łączność i zaopatrzenie. Już pierwsze poważne starcie w zasadzie okazało się ostatnim - 22 czerwca 1921 roku obóz Annual - kwatera główna hiszpańskiej armii został zaatakowany z zaskoczenia przez 3000 Rifan (to była ich cała armia). Z braku świadków nie wiemy dokładnie co tam zaszło, ale w ciągu kilku dni 5000 zdemoralizowanych i odciętych od zaopatrzenia hiszpańskich żołnierzy zostało wyrżniętych w pień przez Berberów. Dosłownie.

To był jednak dopiero początek kłopotów - w bitwie zginął sam gen. Silvestre, będący głównodowodzącym hiszpańskich wojsk w Maroku. Podobno strzelił sobie w głowę chcąc uprzedzić napastników. Ponieważ struktura dowodzenia hiszpańskiej armii była bardzo hierarchiczna, a poszczególne posterunki w zasadzie nie komunikowały się ze sobą, Berberowie bez trudu wybijali jeden garnizon po drugim spychając Hiszpanów do morza.

Tylko kłótnie w obozie zwycięzców umożliwiły szybki transfer dodatkowych wojsk do Melili - ostatniego przyczółka Hiszpanii w tej części Afryki. Tym niemniej klęska była kompletna i 9 września rząd w Madrycie był zmuszony poprosić o zawieszenie broni.

Z wojsk, które wyruszyły aby zniszczyć Republikę Rif, ocalało zaledwie 600 żołnierzy, którzy zostali wzięci do niewoli. Łącznie w ciągu trzech miesięcy Hiszpanie stracili ok. 20 tysięcy ludzi. W ręce Berberów wpadło 20 tys. karabinów, 400 karabinów maszynowych oraz 129 armat. Nic dziwnego, że w hiszpańskiej historiografii kampanię tę nazywa się Katastrofą pod Annualem.

Bitwa przyniosła wiele rozmaitych zmian. Hiszpańska opinia publiczna winą za kompromitację obarczyła zmurszałą monarchię, co wydatnie przyczyniło się do proklamowania wkrótce potem Drugiej Republiki. Sytuacja Republiki Rif nie zmieniła się ani o jotę - nadal nikt na świecie jej nie uznawał. Jedyna drobna różnica polegała na tym, że nie biorących jeńców Berberów zaczęto się w Europie bać.

Hiszpanie doszli przeto do wniosku, że skoro Rifan nie da się pokonać orężem, trzeba ich potraktować jak karaluchy albo inne robale. Przez pośredników odkupiono więc od Niemców pozostałe po I wojnie światowej zapasy broni chemicznej, którą następnie aż do 1926 roku regularnie zrzucano z samolotów na tereny Republiki Rif. Zatruwano pola uprawne, studnie, bombardowano wioski i miasteczka. W oficjalnej korespondencji rządowej namiestnik hiszpańskich posiadłości w Maroku napisał tak:
"I have been obstinately resistant to the of suffocating gases against these indigenous peoples but after what they have done, and of their treasonous and deceptive conduct, I have to use them with true joy."


Panowie Hiszpanie - Saddam to przy was mały Miki jest...


Dodajmy jeszcze, że w 2007 roku w hiszpańskim parlamencie poddano pod głosowanie uchwałę uznającą oficjalnie fakt stosowania broni chemicznej przeciwko berberyjskiej ludności cywilnej. Uchwała przepadła różnicą 33 głosów...

środa, 25 marca 2009

Rule Brittania? Wojna o ucho Jenkinsa - cz. III

Jak już wcześniej napisaliśmy, Wielka Wielka "Rządź na Morzu" Brytania odniosła dotychczas dwa żenujące imponujące zwycięstwa. Jednak w pewnym momencie dowódcy brytyjscy postanowili podnieść wskaźnik żenady w tej wojnie (zapewne z myślą o nas i naszym blogu), co ekipa Wojny o Ciacho skwapliwie i nie bez złośliwej satysfakcji odnotowała.

Mieszkańcy brytyjskich kolonii w Ameryce Płn. postanowili tak samo jak inni obywatele Imperium, W Którym Słońce Nigdy Nie Zachodzi Chyba Że Akurat Jest Zaćmienie dostać swój kawałek tortu z napisem "chwała wojenna". W tym celu, założyciel kolonii w Georgii niejaki James Oglethorpe (to ten brzydki pan z wyłupiastymi oczami z obrazka obok) w 1840 zmobilizował kolonistów i przy dźwięku werbli i piszczałek wyruszył aby zdobyć St. Augustine - jeden z ważniejszych hiszpańskich portów na Florydzie.

Ta eskapada to nie była poranna wyprawa po kefir gdy boli głowa i chce się pić. Miasto było porządnie umocnione, zaś siła ofensywna kolonistów, co tu dużo mówić - nędzna. Koloniści prawie zdobyli miasto i całą Florydę. Tak po prawdzie, to sporo im zabrakło. W zasadzie to oblężenie było totalnym nieporozumieniem, którego ukoronowaniem było wzięcie do niewoli przez oblężonych (akurat zrobili wycieczkę) całego regimentu wojsk kolonialnych, który spał sobie w najlepsze. Mieszkańcy Georgii (ale nie Gruzini, ci by nie odpuścili) uciekali z niegościnnej Florydy jak niepyszni, ścigani przez zmutowane krokodyle obelgi wygłaszane z lekkim kastylijskim akcentem.

Dla porządku dodajmy, że dokonana w dwa lata później przez Hiszpanów próba zdobycia Georgii zakończyła się, podobnie jak w przypadku Florydy, prawie zajęciem kolonii. Czy widzicie nasz szyderczy uśmiech?

Kulminacją absurdów była przeprowadzona w 1741 brytyjska operacja lądowo-morska, której celem było zajęcie miasta Cartagena de Indias (obecnie Cartagena, w Kolumbii), jednego z trzech głównych portów (obok zdobytego wcześniej Porto Bello oraz Vera Cruz w Meksyku), przez które bogactwa Nowego Świata płynęły do Hiszpanii szerokim strumieniem.

Rzecz jasna, operacją chciał dowodzić nasz dobry znajomy "Stary Grog" Vernon, lecz Londyn wyznaczył na głównodowodzącego niejakiego lorda Cathcarta, który zmarł w trakcie podróży z Anglii na Morze Karaibskie. W zaistniałej sytuacji, "Stary Grog" poniekąd przywłaszczył sobie dowództwo, skutecznie zrażając do siebie wszystkich wyższych rangą oficerów o jakichkolwiek aspiracjach.

Zdaniem ekipy Wojny o Ciacho, samo przywłaszczenie sobie praw głównodowodzącego nie jest niczym złym, pod warunkiem, że inni się temu podporządkują oraz że umie się dowodzić. W tym przypadku nie zaszła żadna z wymienionych okoliczności...

Brytyjczyków było bardzo dużo, prawie 27 tysięcy na 186 statkach wyposażonych łącznie w 2000 dział. Hiszpańska załoga liczyła łącznie 3000 żołnierzy oraz 600 indiańskich łuczników. Można więc stwierdzić, że na jedną angielską armatę przypadało 1 i 1/3 hiszpańskiego żołnierza. Cytując inny, równie fajny blog:

Gurek 20:06:54
no nie mógł tego nie strzelić

Tomalski 20:07:09
mógł
uwierz mi, że mógł :-)


Mógł nie strzelić i nie strzelił. Brytyjczycy nie byli w żaden sposób dowodzeni, Hiszpanie walczyli jak wściekłe psy, Indianie nie wiedzieli co się dzieje i skąd tyle huku, a dzieła zniszczenia dopełniły żółta febra i dezynteria, które zdziesiątkowały brytyjskich żołnierzy. Podsumujmy krótko - po 67 dniach "Stary Grog" odstąpił od oblężenia, tracąc bagatela 18 000 żołnierzy i 50 statków. A teraz czas na smaczki...

Smaczek numer jeden
- po zdobyciu jednego z wielu fortów otaczających miasto, Vernon wysłał do Londynu statek pocztowy z informacją, że Cartagena lada dzień padnie. Wiadomość tą otrzymał sam brytyjski monarcha, który rozkazał z tej okazji wybić serię specjalnych medali przedstawiających kapitulację hiszpańskiego dowódcy wobec "Starego Groga". Po tym gdy prawdziwy wynik bitwy ujrzał światło dzienne, urzędnicy królewscy musieli się nieźle napocić konfiskując wszystkie egzemplarze, które już zdążyły trafić pod brytyjskie strzechy.

Smaczek numer dwa - gdy wieść o pewnym zwycięstwie rozeszła się z pałacu królewskiego w lud, w londyńskich tawernach bardzo popularna stała się piosenka o wiele mówiącym tytule: VERNON'S GLORY OR, THE SPANIARDS DEFEAT. Piosenka ta nie na długo zagościła jednak na szczycie list przebojów. Kroniki nie podają co stało się z autorem tej ballady...

W 1842 wojna przeniosła się do Europy i zmieniła nazwę na wojnę o sukcesję austriacką. Straciła przy tym wiele na kolorycie, w związku z czym nie będziemy jej dłużej opisywać.

Podsumowując działania zbrojne:
- ucho kapitanowi Jenkinsowi nie odrosło, zaś w uznaniu jego zasług wojennych brytyjski rząd zesłał wysłał go jako gubernatora na Wyspę Św. Heleny, która to wyspa w rozumieniu tegoż rządu i kilku późniejszych była synonimem zadupia wszechświata,
- o ile nam wiadomo, brytyjski król ucha z rąk hiszpańskiej guarda costa nie stracił,
- okazało się, że nie warto zadzierać z mieszkańcami Florydy i Georgii na ich terenie, która to prawda i dziś ma zastosowanie,
- po raz kolejny przy okazji wojny opłynięto świat, za co nikt nie otrzymał żadnych punktów zwycięstwa,
- adm. "Stary Grog" Vernon swoje przezwisko zawdzięczał opracowaniu receptury na grog, która jest stosowana po dziś dzień na wszystkich morzach świata; nie został natomiast klasykiem operacji desantowych...

piątek, 20 marca 2009

Rule Brittania? Wojna o ucho Jenkinsa - cz. II

Tak oto kwestia tego kto, komu, kiedy i co uciął na morzu stała się powodem do międzynarodowej awantury z udziałem dwóch państw, z których każde pretendowało do miana światowej potęgi morskiej. Naszym zdaniem - niesłusznie. Światowe potęgi morskie nie powinny być żenujące.

Jak się miało niebawem okazać, admirał Vernon nie był wodzem morskim na miarę Nelsona czy don Juana d'Austria. Mimo to postawił sprawę jasno: "Dowodzić rewią będę ja!" W efekcie, flota sześciu okrętów pod jego dowództwem popłynęła na Karaiby i w listopadzie 1739 spaliła i złupiła Porto Bello (dziś Portobello, bez spacji), znaczący hiszpański port, zajmujący się głównie transportem i przeładunkiem srebra. Ustalmy - oblężenie trwało około doby, słaby hiszpański garnizon niemal od razu się poddał, zaś Anglicy okupowali port całe trzy tygodnie łupiąc i grabiąc co popadnie, a zarazem wypatrując, czy aby nie przyjdzie nikt aby ich wyprosić.

Entuzjazm Anglików na całym świecie dla tego wydarzenia był nieporównywalnie większy od jego faktycznej wagi. To mniej więcej tak, jakbyśmy co roku hucznie obchodzili rocznicę przypadkowego przekroczenia przez polskie wojska granicy z Niemcami podczas wojny obronnej w 1939. Przytoczmy tylko podstawowe fakty:

- w uznaniu zasług, Vernon został mianowany admirałem,
- na cześć "Starego Groga" nazwano co najmniej jedno miasto, co najmniej jedną główną ulicę w Londynie oraz co najmniej jedną plantację należącą do Jerzego Waszyngtona,
- podczas uroczystej kolacji wydanej na cześć zwycięzcy w Londynie, po raz pierwszy wykonano utwór "Rule, Britannia!", dziś znany głównie z interpretacji sportowych (w wykonaniu mistrzów Szkocji w rzucie cegłą w dom Artura Borubara) lub geriatryczno - dziwacznych (pozdrawiamy panią z trójzębem).

Cytując jeden z filmów Monty Pythona: "Bo wy, Anglicy, jesteście tacy k... pompatyczni..."

W ramach akcji "rządzimy na morzu", Anglicy po zdobyciu Portobello porwali się na rzecz jeszcze bardziej spektakularną - postanowili zaatakować hiszpańskie posiadłości na Pacyfiku. W tym celu w 1740 wokół przylądka Horn posłano eskadrę admirała George'a Ansona, Pierwszego Barona Anson. Wyprawa ta stanowiła kamień milowy w rozwoju współczesnej filozofii - okazało się bowiem, że Bóg nie tylko istnieje, ale też cholernie lorda Ansona nie lubi.

Bez zbędnych złośliwości, przytoczmy jedynie suche fakty:

- ekspedycja, szumnie zapowiadana przez zwolenników angielskiego militaryzmu jako brytyjska odpowiedź na Niezwyciężoną Armadę, została wysłana z opóźnieniem i liczyła sześć zdezelowanych okrętów z niepełną załogą,
- dwóm okrętom nie udało się opłynąć przylądka Horn i wróciły do Anglii,
- wkrótce potem, kolejny okręt rozbił się u wybrzeży Chile,
- gdy w czerwcu 1741 "eskadra" dopłynęła do Wyspy Juan Fernandez z prawie 1000-osobowej załogi przy życiu pozostał już tylko co trzeci marynarz - reszta umarła na szkorbut,
- w wyniku postępującej epidemii, stan liczebny załóg stale się zmniejszał, co spowodowało ograniczenie akcji zaczepnych do złupienia jednego nieistotnego portu w Peru,
- wkrótce potem z 3 statków został już tylko jeden, nie było kim obsadzić pozostałych.

Mimo tych wszystkich niedogodności, Pierwszy Baron Anson dokonał nie byle czego. Po pierwsze - przeżył, mimo, że w chwili powrotu do Anglii z jego załogi pozostał przy życiu już tylko co dziesiąty. Po drugie - jakimś cudem dopadł i zdobył coroczny galeon z Manili, co dało mu łup wielokrotnie przewyższający koszty całej ekspedycji (ponad 1,3 mln sztuk srebra!). Po trzecie - przy okazji wyprawy, opłynął świat, co staje się poniekąd tradycją opisywanych tutaj durnych wojen morskich.

Koniec części II. W następnym odcinku - operacja Overlord "Starego Groga" Vernona, przedwcześnie wybite medale oraz prawie zdobycie Florydy

czwartek, 19 marca 2009

Rule Brittania? Wojna o ucho Jenkinsa - cz. I

Był rok 1731, na Morzu Karaibskim nieopodal wybrzeży hiszpańskich kolonii brytyjski statek Rebecca pod dowództwem kapitana Roberta Jenkinsa jak gdyby nigdy nic wracał sobie do domu. Statek oczywiście miał charakter przemytniczo - piracki i podobnie jak wiele innych był pilnie poszukiwany przez hiszpańską straż przybrzeżną. Hiszpanie mieli szczęście - dopadli bryg, zmusili do zatrzymania i rozpoczęli rewizję, do czego mieli prawo zgodnie z brytyjsko-hiszpańskimi umowami. Oczywiście statek nie przewoził herbaty do Bostonu, więc po odkryciu kontrabandy doszło do krótkiej wymiany zdań między kapitanami obu okrętów, zakończoną obcięciem Jenkinsowi ucha przez kapitana Fandiño, hiszpańskiego dowódcę.

"Przekaż swojemu królowi, gringo, że zrobię mu to samo gdy go złapię na przemycaniu śledzi i oleju do naszych kolonii!" - tak według nas brzmiały słowa, jakie wypowiedział Fandiño na odchodnym do wtóru rechotu rozbawionych zajściem hiszpańskich marynarzy (Borsuuk optował za tekstem o dupie i jesieni średniowiecza, ale został przegłosowany).

O co tak naprawdę chodziło? Otóż w wyniku jednej z wcześniej stoczonych wojen, wyznaczone okręty brytyjskie posiadały prawo do sprzedawania w hiszpańskich koloniach dowolnej ilości niewolników. Oczywiście byli tacy jak kapitan Jenkins, którzy nie zostali dopuszczeni do obrotu przez Hiszpanów, a mimo to próbowali handlować z ich koloniami. Stąd kontrole, utarczki, konfiskaty, które psuły wzajemne relacje między Albionem a Madrytem. Opisany przez nas incydent miał mieć jednak znacznie poważniejsze skutki, o czym za chwilę.

Przez osiem długich lat nasz tytułowy bohater opowiadał swoją smutną historię wszystkim, którzy chcieli jej wysłuchiwać, jako dowód pokazując swoje odcięte ucho, które z roku na rok wyglądało i pachniało coraz gorzej. Aż wreszcie w 1739 znalazł się taki, który go wysłuchał i, jak Kaczyńscy Leppera, wpuścił na salony. Był to inny wilk morski - kapitan, a później nawet wiceadmirał, Edward Vernon zwany "Starym Grogiem". Ten zdeklarowany militarysta i zwolennik brytyjskiej przewagi na wszelkich morzach świata, doprowadził do wysłuchania Jenkinsa przez równie wojowniczo nastawioną Izbę Gmin, która po wysłuchaniu dopracowanej do perfekcji opowieści o tym jak podli Hiszpanie traktują biednych angielskich kupców, postanowiła wypowiedzieć im wojnę.

Z uwagi na nieporównywalny z niczym innym idiotyzm podanego przez Brytyjczyków cassus belli, wojna ta naprawdę przeszła do historii pod nazwą wojny o ucho Jenkinsa. Oczywiście wszystkie źródła historyczne podają, że jej prawdziwym powodem było wypowiedzenie przez Hiszpanów wspomnianego wyżej przywileju dla angielskich kupców w 1738, ale my wolimy wierzyć, że naprawdę poszło o ucho. O gnijące przez osiem lat ucho angielskiego przemytnika, którego historia zarazem urzekła i rozwścieczyła angielski parlament. O ucho, będące plamą na honorze narodu angielskiego. Tak jest znacznie zabawniej.

Na wieść o wypowiedzeniu wojny, przeciwny jej od początku ówczesny brytyjski premier Robert Walpole (który jako pierwszy szef rządu JKMości zaczął rezydować pod nr 10 na Downing Street) miał powiedzieć:

Dziś bijecie w dzwony, jutro będziecie załamywać ręce...

co niebawem miało okazać się prorocze.

Koniec części I. W następnym odcinku - Stary Grog idzie na wojnę a Brytania rządzi

środa, 11 marca 2009

Brudna wojna o Wyspy Chincha - cz. III

Wkrótce po samobójczej śmierci naszego ulubionego admirała, bo na przełomie 1865 i 1866 roku został zawarty formalny sojusz wojskowy pomiędzy Peru a Chile, do którego wkrótce dołączyły Boliwia i Ekwador. Tak oto powstało Czwórprzymierze (nazwa by Wojna o Ciacho Team). Dla Hiszpanii ruch ten oznaczał tylko jedno - gwałtownie skurczyła się liczba portów, w których hiszpańska flota mogła zaopatrywać się w węgiel. Udział Boliwii i Ekwadoru w działaniach zbrojnych był bowiem równie znaczący jak nasz wpływ na poziom cen środków owadobójczych na Wyspach Salomona.

Nowy dowódca hiszpańskiej floty postanowił zmienić taktykę. Jego celem stało się sukcesywne niszczenie chilijskich i peruwiańskich portów (z jakiegoś powodu zignorował boliwijskie i ekwadorskie) aby sprzymierzona flota (to nie błąd - w owym czasie Peru "strzeliło sobie" parę nowych okrętów) nie miała gdzie parkować i wymieniać oleju. Eskapadę rozpoczął z wielkim hukiem od zbombardowania znanego nam już portu w Valparaiso, w którym to niedawno jeszcze admirał Postrach Obu Ameryk Pareja domagał się połowy królestwa, córki gubernatora za żonę oraz dożywotniego tytułu Obrońcy Grobu Świętego. Następnie postanowił rozprawić się z peruwiańskim portem w Calao, gdzie jednak spotkała go przykra niespodzianka.

Z pewnością zabrzmi to idiotycznie, ale Czwórprzymierze było gotowe. Gotowe jak nigdy. Zarówno połączona flota czterech mocarstw (no dobra - góra dwóch) jak i baterie nadbrzeżne czekały na przybycie Hiszpanów. 2 maja 1866 roku stoczono bitwę morską pod Calao, po której obie strony ogłosiły zwycięstwo mimo, że to Hiszpanie wkrótce potem wycofali całą swoją flotę z rejonu Ameryki Południowej a ich dowódca został podczas starcia raniony dziewięciokrotnie (przeżył...). Przy okazji taktycznego odwrotu Hiszpanie opłynęli świat, ale tego dokonano już ponad 300 lat wcześniej, więc się nie liczy.

Czwórprzymierze przez moment rozważało nawet dokonanie inwazji na Filipiny, ale ostatecznie do tego nie doszło. Żałujemy - widok desantującej się nieopodal Manili boliwijskiej piechoty morskiej (patrz foto) to byłoby naprawdę coś.

Z braku możliwości prowadzenia dalszych działań zbrojnych (Hiszpanie spakowali zabawki i popłynęli do domu), walki samoistnie ustały, zaś w rok później doszło do podpisania formalnego zawieszenia broni. Pokój podpisano finalnie dopiero w 1871 roku.

Podsumowując:
- Wyspy Cuchnącego Przylądka wróciły do Peru po tym jak wyjechali z nich hiszpańscy naukowcy w sile kompanii,
- Hiszpania przegrała praktycznie wszystkie bitwy morskie jakie podczas tej wojny mogła przegrać,
- nikt nie wrócił na łono brzydkiej jak noc królowej Izabeli II,
- zniszczono jeden chilijski port,
- jeden hiszpański admirał zginął w wyniku bitwy, w której nie uczestniczył a drugi przeżył bitwę, w której został wielokrotnie ranny,
- nie wyjaśniono tajemniczego zabójstwa dwóch hiszpańskich amigos Od Którego Wszystko Się Zaczęło.

Było wiele radości :-)

wtorek, 10 marca 2009

Brudna wojna o Wyspy Chincha - cz. II

Na zajęciu Wysp Smrodliwego Przylądka Hiszpania wcale poprzestać nie zamierzała. Rozpoczęto także blokadę kluczowych peruwiańskich portów (po kliku głębszych... rozważaniach ekipa Wojny o Ciacho nadal nie wymyśliła jakich), za co energicznie zabrał się nowy guanodowodzący hiszpańskiej ekspedycji naukowej floty - admirał Juan Manuel Pareja zwany (przez nas) Szalonym Pareją.

Pan admirał Pareja z pewnością nie uznawał Peruwiańczyków. Mało tego - miał w głębokiej pogardzie i nienawidził wszystkich mieszkańców Latynoameryki, którzy przed z górą czterdziestu laty ogłosili niezależność swych krajów od Hiszpanii, zmuszając jego rodzinę do wyprowadzki z Peru i doprowadzając do śmierci jego ojca - Brygadiera Parei, który zginął walcząc po stronie lojalistów. Jego wewnętrzne przekonania odegrały znaczącą rolę w całej historii, gdyż doprowadziły do eskalacji konfliktu i przyłączenia się do Peru innych krajów, z których co najmniej jeden dla odmiany posiadał namiastkę floty wojennej. Wprowadziły także do naszej opowieści element hollywoodzkiego kina klasy C z cyklu "wróciłem tu aby pomścić śmierć rodziców i psa".

Póki co, Hiszpania święciła trumfy a nasz admirał oczyma wyobraźni widział lud peruwiański powracający na łono Hiszpanii i królowej Izabeli II. W styczniu 1865 podpisano traktat, w którym Peru odzyskiwało swoje cenne posiadłości zamorskie za stosownym odszkodowaniem. W międzyczasie jednak, mieszkańcy Latynoameryki ujrzeli wreszcie jak wygląda ta Izabela, na której łono mieliby wrócić. W samym Peru wybuchło powstanie, nowy dyktator rząd stanowczo odciął się od jakiegokolwiek porozumienia, a w innych krajach miały miejsce antyhiszpańskie zamieszki. Naszym zdaniem - nic w tym dziwnego. Sami zobaczcie.

W tym całym zamęcie, hiszpański okręt wojenny postanowił zakupić węgiel w jednym z chilijskich portów. Oczywiście nie dość, że nie uzyskał zniżek, to jeszcze spotkał się ze stanowczą i dość gwałtowną odmową w rodzaju "ręce hiszpańskich ciemiężycieli precz od naszego węgla!" Szalony Pareja zareagował z właściwym sobie zrozumieniem dla dyplomatycznych niuansów. 17 września 1865, w dniu Święta Niepodległości Chile, bezceremonialnie wprosił się wraz ze swym okrętem flagowym do portu w Valparaiso i zażądał przeprosin od rządu Chile, salutu dla bandery hiszpańskiej i rekompensaty za zniewagi doznane przez posła hiszpańskiego podczas niedawnych rozruchów. Równie dobrze mógłby próbować wyegzekwować prawo pierwszej nocy w stosunku do córki gubernatora portu. W rezultacie, już w tydzień później Hiszpania znalazła się w stanie wojny z Chile.

W tej sytuacji rząd hiszpański nakazał Postrachowi Obu Ameryk wycofanie się. Nasz ambitny admirał (uznaliśmy za stosowne pokazać światu twarz tego szaleńca bohatera) po chwili namysłu stwierdził, że wprawdzie nie ma dość sił lądowych do podjęcia próby desantu i zajęcia siłą krnąbrnej eks-kolonii, jednak może z powodzeniem rozpocząć blokadę morską Chile. Nie wiemy dokładnie z którego roku pochodził atlas naszego admirała. Być może posługiwał się również zapiskami XVI-wiecznych portugalskich żeglarzy. Z naszych informacji wynika jednak, że Chile miało w owym czasie około 3000 km wybrzeża zaś nasz admirał miał do dyspozycji osiem okrętów, z czego dwa właśnie blokowały Peru. Tym samym jeden hiszpański okręt odpowiadał za skuteczne zablokowanie ruchu statków na odcinku liczącym średnio 500 km.

Oba okręty wchodzące w skład chilijskiej marynarki wojennej dostały rozkaz przerwania tej dokuczliwej blokady. Peru w owym czasie floty nie posiadało, co w pewnym stopniu wpłynęło na ograniczenie aktywności wojennej tego regionalnego mocarstwa. Już 26 listopada doszło do bitwy morskiej pod Papudo, w której Chile w sile jednego okrętu po próbie podszycia się pod okręt brytyjski niespodziewanie dla siebie zaatakowało, zaś nie podszywająca się pod nikogo innego Hiszpania w tejże samej sile nie wiedziała za bardzo co się dzieje.

Skutki bitwy były trojakie. Po pierwsze, siły morskie Hiszpanii w rejonie skurczyły się o 1/8. Po drugie, marynarka Chile wzbogaciła się o jeden nowy okręt wojenny, co w tym przypadku oznaczało skokowy wręcz rozwój tejże marynarki. Po trzecie, na liście strat poniesionych przez Hiszpanów w bitwie oprócz czterech zabitych, 22 rannych i 122 wziętych do niewoli znalazł się także nasz ulubiony admirał Pareja, który wprawdzie nie brał udziału w potyczce, jednak na wieść o tak sromotnej klęsce postanowił palnąć sobie w swój pusty łeb.

Koniec części II. W kolejnym odcinku - zawiązuje się Czwórprzymierze co nie ma absolutnie żadnego znaczenia.

poniedziałek, 9 marca 2009

Brudna wojna o Wyspy Chincha - cz. I



W roku pańskim 1862 Wyspy Chincha jak gdyby nigdy nic należały sobie do Peru. Naszym zdaniem znacznie lepsza nazwa dla tego archipelagu to np. Wyspy Cuchnącego Przylądka, gdyż wydobywano na nich... guano. Guano było dobre, bo można było zrobić z niego:
- nawóz
- proch strzelniczy
- 60% wpływów do budżetu Peru.
Nasz komentarz: Pieniądze nie śmierdziały już wtedy, nawet w Peru.

W tymże roku, Hiszpania wcale a wcale nie uznawała Peru. Idąc z duchem racjonalizmu i postępu, wysłała na wody Oceanu Spokojnego ekspedycję naukową w celach badawczych. W skład ekspedycji wchodziły 3 okręty wojenne, kilkuset żołnierzy piechoty morskiej oraz dwóch uczonych zabranych na pokład pro publico bono. Widać Hiszpanie wyszli z słusznego założenia, że z badaniami to nigdy nic nie wiadomo. Rzeczona ekspedycja naukowa, witana owacyjnie we wszystkich odwiedzanych portach, płynęła sobie na północ wzdłuż wybrzeża Chile i Peru (którego w sumie to nie uznawała), gdy w sierpniu 1863 zdarzył się Tajemniczy Incydent w Lambayeque.

W niewyjaśnionych okolicznościach, w hacjendzie Lambayeque dwóch obywateli hiszpańskich zostało zabitych przez czterdziestu nieuznawanych przez nich Peruwiańczyków. Przebywający w pobliżu naukowcy hiszpańscy rzecz jasna zażądali wypłaty odszkodowania, a Peru rzecz jasna odmówiło. W efekcie, w kwietniu 1864 roku 400 badaczy z hiszpańskiej piechoty morskiej zajęło bezterminowo Wyspy Chincha jako zastaw. Brudna wojna naukowa wisiała na włosku...

Koniec części I. W następnym odcinku - szalony hiszpański admirał z żądzą zemsty obejmuje dowodzenie