wtorek, 28 kwietnia 2009

Wojna krótsza od partyjki golfa - prawdziwi dżentelmeni po herbatce zwalczają Zanzibar


Naszą zabawę z historią militarną świata zaczynamy tradycyjnie od powtórki z geografii. Kto wie gdzie leży i czym jest Zanzibar ręka do góry. Nikt nie wie? Ech, straszne z Was łżeelity i lumpeninteligencja. No dobra, bez żartów. Zanzibar to wyspa u wybrzeży Tanzanii, wchodząca obecnie w skład tego państwa, okresami niepodległa. Obecnie Zanzibar eksportuje goździki i orzechy kokosowe, więc jest gospodarczo pokrewny Gabonowi Co Się Jarkowi Kaczyńskiemu Objawił. Wcześniej Zanzibar eksportował głównie niewolników.

W 1858 roku Zanzibar z małą pomocą swoich brytyjskich przyjaciół całkowicie uniezależnił się od Omanu, uzależnił zaś całkowicie od Londynu. De facto stał się brytyjskim protektoratem i to do tego stopnia, że liczącą tysiąc żołnierzy Niezwyciężoną Armią Zanzibaru i Jego Walecznego Sułtana dowodził brytyjski oficer - sir Arthur Raikes. Brytyjczycy wspierali swojego wiernego sojusznika jak mogli - dali pieniążki na nowy pałac i ładny harem, podłączyli w pałacu prąd elektryczny a nawet podarowali sułtanowi jacht o czysto zanzibarskiej nazwie Glasgow, który odtąd stanowił Niezatapialną Wojenną Flotę Zanzibaru.

Słowem - czysta sielanka.

Pod koniec XIX wieku coś jednak zaczęło się psuć, a mianowicie mieszkańcy wyspy przestali podzielać sympatię swojego władcy do królowej Wiktorii. Głównie dlatego, że Londyn kazał sułtanowi znieść na wyspie niewolnictwo, jednym pociągnięciem demolując lokalny handel oraz bezceremonialnie naruszając kilkusetletnią tradycję handlowania przez wyspiarzy sąsiadami z kontynentu. Na fali tych nastrojów, sułtan Sayyid Hamad bin Thuwaini Al-Busaid za zgodą brytyjskiego konsula zaczął werbować straż pałacową, która wespół z armią miała zapewnić spokój na wyspie.

Zaiste, słaba była to straż, bowiem 25 sierpnia 1896 sułtan został otruty w pałacu przez swojego siostrzeńca Sayyida Khalida bin Barghash Al-Busaid, który jako nowy sułtan Zanzibaru przejął władzę pod hasłem wyrzucenia z wyspy Brytyjczyków, przywrócenia tradycji (czytaj: niewolnictwa), powrotu do starych dobrych czasów itp. Zmiana na tronie rzecz jasna nie podobała się Anglikom, którzy ustami konsula oraz dowódcy zanzibarskiej (sic!) armii próbowali zmusić Khalida do abdykacji przemówić nowemu władcy do rozumu.

Sułtan jednak Brytolom nie zwykł był się kłaniać. Nie mając kontroli nad własną armią, rozpoczął manewry swej nowo sformowanej straży pałacowej (wraz z przymusowymi ochotnikami spośród ludności cywilnej, służby i niewolników - 2800 ludzi), obsadził artylerię (kilka karabinów maszynowych Maxima, jeden karabin Gatlinga, jedna lekko zardzewiała armata z XVII wieku, dwa 12-funtowe działa produkcji niemieckiej, których nikt nie umiał obsługiwać - zapewne z powodu bariery językowej) oraz flotę (wspominany już jacht Glasgow, dar królowej Wiktorii dla jednego z poprzednich sułtanów). Brytyjczycy nie pozostali dłużni, wysadzając mały kontynent piechoty morskiej do ochrony swego konsulatu oraz gromadząc w pobliskiej zatoce flotę wojenną w liczbie 5 okrętów.

Rozpoczęła się gra nerwów, która trwała przez cały dzień 26 sierpnia. W tym czasie Brytyjczycy wywozili z wyspy wszystkich Europejczyków, zaś Khalid zastanawiał się co odpowiedzieć na brytyjskie ultimatum. Zgodnie z wyrafinowaną tradycją brytyjskiej dyplomacji, było ono wykaligrafowane na eleganckim wizytowym papierze, opatrzone szeregiem pieczęci oraz zamaszystym podpisem. Jego sedno można streścić w zdaniu: "Poddaj się. Masz czas do godziny 09:00 27 sierpnia 1896 roku. W przeciwnym razie otworzymy ogień. Z wyrazami szacunku..." Sułtan-skrytobójca uznał, że Anglicy blefują i postanowił ich sprawdzić. Był to krok nierozważny...



27 sierpnia 1896 roku o godzinie 09:02 rano rozpoczęła się wojna pomiędzy Zanzibarem a Wielką Brytanią. Sytuacja strategiczna przez około minutę wyglądała z grubsza tak jak przedstawiono na koślawym szkicu powyżej. Na drewniany pałac sułtana spadły pierwsze pociski, powodując pożary, panikę i pospieszną ewakuację z pozycji, która nagle okazała się raczej nie do obrony ("Czcigodny sułtanie - oni mają działa!"). Bombardowanie trwało aż do 09:40 kiedy to jeden z obrońców pałacu przytomnie wywiesił białą flagę. W międzyczasie pomiędzy 09:05 a 09:15 miała miejsce również bitwa morska, kiedy to Glasgow wystrzelił salwę pocisków w stronę jednego z brytyjskich okrętów nie robiąc mu nic, po czym sam stał się obiektem ostrzału odwetowego, który natychmiast go zatopił.

Tak więc wojna lądowo-morska trwała 38 minut zaś wojna na morzu - 10 minut, przy czym należy przyjąć około dwuminutową poprawkę z uwagi na dokładność ówczesnych zegarków, różnice czasowe itp. Tak czy owak - czapki z głów panowie, mówimy o najkrótszej wojnie w historii świata!


Jakie były skutki tej wojny? Zależy dla kogo. W walkach, pożarach i ogólnym chaosie zginęło ok. 500 Zanzibarczyków oraz 20 zamieszkujących wyspę Hindusów, którzy zginęli wkrótce po tym jak mieszkańcy wyspy potraktowali wystrzał z brytyjskiego działa jako sygnał do ogólnego grabienia i plądrowania. 1 brytyjski podoficer został ranny tego dnia. Zniszczeniu uległ pałac sułtana, jego artyleria oraz flota. Wahamy się użyć sformułowania "flota Zanzibaru została zatopiona" gdyż z uwagi na płytkość zatoki spod wody wystawały maszty niegdyś pięknego jachtu, co widać na poniższym zdjęciu. Dodajmy, że widok ten utrzymywał się aż do 1912 roku...



Co oczywiste, Brytyjczycy wprowadzili na tron takiego przedstawiciela dynastii Al-Busaid jaki im pasował, zaś Khalid "Nieudany Skrytobójca" znalazł schronienie w Niemieckiej Afryce Wschodniej, gdzie przebywał aż do 1916 roku. Wtedy to został schwytany przez brytyjskie oddziały i osadzony na Wyspie Świętej Heleny. Prawie jak Napoleon...

Na mocy traktatu pokojowego Zanzibar zobowiązał się pokryć koszty pocisków wystrzelonych na miasto przez flotę JKMości jak również koszty gaszenia pożaru przez naprędce zorganizowaną przez Anglików straż ogniową.

Słowem - jaka wojna, taki traktat pokojowy.

niedziela, 26 kwietnia 2009

Sjesta Mexicana początkiem niepodległego Teksasu

Wojna o niepodległość Teksasu, która zaczęła się od nie oddania Meksykanom pewnej starej, nie działającej armaty (patrz obrazek obok; ściślej - armata była sprawna, ale nie było do niej amunicji), w 1836 roku przebiegała całkiem daleko od OK, przynajmniej z punktu widzenia Teksańczyków. Generalnie cały Teksas zajęty był przede wszystkim uciekaniem przed meksykańską armią. Uciekali wszyscy - rząd, wojsko i ludność cywilna, każde w inną stronę. Z kolei Meksykanie, podzieleni na trzy osobne kolumny, zajęci byli głównie ściganiem uciekających. Tyle w temacie "zarys sytuacji strategicznej dla początkujących".

W pościg za zdemoralizowanym teksańskim wojskiem, liczącym ok. 900 "nieregularnych" żołnierzy, udał się osobiście generał i wielokrotny prezydent Meksyku Antonio de Padua María Severino López de Santa Anna y Pérez de Lebrón (znany jako Santa Anna) na czele 1400 żołnierzy, podobno elitarnych i świetnie wyszkolonych. Jak się wkrótce miało okazać - nie do końca. Naciskani przez niego Teksańczycy pod wodzą Sama Houstona uciekając przekroczyli most na rzece San Jacinto (słynny Vince Bridge) i trafili na teren, który ze wszystkich stron otoczony był przez rzeki, rozlewiska lub po prostu bagna. Nie, nie mylicie się - Teksańczycy nie mieli już gdzie uciekać...

Pewny siebie meksykański generał 19 kwietnia 1836 roku również przekroczył rzekę i rozbił obóz kilka mil dalej. Wiedząc w jakim położeniu znajduje się Houston, postanowił poczekać trzy dni, dać wojsku odpocząć a następnie jednym ciosem zgnieść teksańską rebelię i wrócić do domu. W końcu Houston nie miał już gdzie uciekać, prawda?

Sprawy potoczyły się jednak nieco inaczej niż planował Santa Anna. Teksańczycy doskonale zdawali sobie sprawę z tego w jak tragicznym są położeniu. Nie mając nic do stracenia, postanowili sami zaatakować.

W ramach przygotowań do natarcia, oddział zwiadowców niepostrzeżenie ominął meksykańskie linie i spalił most Vince'a - jedyną drogę odwrotu dla obu armii. Sam atak rozpoczął się 21 kwietnia o 16:30 i można go krótko opisać jako serię absurdalnych wypadków, które nie powinny się zdarzyć, a jednak miały miejsce. Po pierwsze, Meksykanie nie wystawili wart. Jakichkolwiek. Po drugie, akurat byli zajęci sjestą. Musieli tego dnia tęgo popić, ponieważ Teksańczykom udało się nie tylko podejść na kilkadziesiąt kroków, ale także podciągnąć dwie małokalibrowe działa znane jako "Bliźniaczki".



Łatwo można sobie wyobrazić co było dalej. Następuje atak, przerażeni meksykańscy żołnierze wybiegają z namiotów, prosto pod kule karabinowe. Strzelające kartaczami Bliźniaczki zbierają krwawe żniwo. Panika, chaos, bezładna ucieczka. Ale nie ma dokąd uciekać, most spalony. Teksańczycy zabijają kogo popadnie, żądni zemsty za Alamo postanawiają nie brać jeńców wbrew rozkazom swojego dowódcy, którego chwilowo nikt nie słucha. Tak właśnie wyglądała Bitwa pod San Jacinto, w wyniku której Teksas miał uzyskać niepodległość.

Z 1400 meksykańskich żołnierzy tylko 700 trafia do niewoli, reszta ginie lub jest ranna. Teksańczycy tracą 8 zabitych i 17 rannych. Sam generał Santa Anna zostaje po jakimś czasie odnaleziony na pobliskich bagnach i wzięty do niewoli. Ponoć rozpoznano go po jedwabnej bieliźnie, którą zwykł nosić. Santa Anna zgadza się wyprowadzić swoje wojska z Teksasu a niecały rok później jest już po wszystkim - Meksyk niechętnie musi uznać niepodległość tego terytorium.

Dziś na polu bitwy wznosi się ten oto pomnik.



Naszym zdaniem, powinien raczej przedstawiać pijanego meksykańskiego żołnierza, bowiem o zwycięstwie nie zadecydował geniusz teksańskiego dowódcy lecz latynoskie upodobanie do sjesty i wszystkiego co się z tym wiąże.

czwartek, 23 kwietnia 2009

Jaka piękna latino katastrofa pod Annualem...

Czy słyszeliście kiedyś o Rifanach? Ja też nie. A jednak Rifanie w odróżnieniu od Marsjan istnieją naprawdę, przez moment w latach 20-tych poprzedniego stulecia mieli nawet własne państwo z tą ładną flagą obok. To, że Republiki Rif nie uznawał absolutnie nikt, to już drobny szczegół.

O istnieniu Rifan najboleśniej przekonali się nie uznający ich Hiszpanie i właśnie o tym będzie ta historia.




Gdzież ach gdzież leżała niegdysiejsza Republika Rif? Odpowiedź na to pytanie widać powyżej - to górska, najbardziej wysunięta na północ część dzisiejszego Maroka. Kraina ta jest zamieszkana przez berberyjski naród Rifan, których obecnie jest na świecie prawie 5 milionów, z czego większość mieszka w Maroku i Algierii. Jak się szacuje, ta zacna kraina dostarcza światu około połowy dostaw haszyszu, ku utrapieniu służb policyjnych całego świata. Wszystkim mieszkańcom niegdysiejszej Republiki Rif dedykujemy przeto ten utwór muzyczny (nagrany specjalnie na ich cześć):



Na początku 1921 roku Hiszpania postanowiła poszerzyć swoje posiadłości w północnym Maroku o tereny będące w posiadaniu Rifan, zjednoczonych przez charyzmatycznego kadiego Mohammeda Ben Abd el-Krim, wykształconego w Hiszpanii dziennikarza lokalnej gazety. Jak się wkrótce miało okazać, przywódca nieuznawanej przez nikogo Republiki Rif był samorodnym talentem wojny partyzanckiej, ale nie uprzedzajmy faktów. Póki co wojska hiszpańskie pod dowództwem gen. Manuel Fernández Silvestre y Patinga dumnie wkroczyły w niegościnne górskie rejony, nie kłopocząc się zbytnio takimi pierdołami jak zabezpieczenie tyłów czy zaopatrzenie. Do czasu opisywanej kampanii największym osiągnięciem hiszpańskiego dowódcy było nie obronienie Kuby przed inwazją waranów wojsk USA w 1898 roku oraz nieoficjalny rekord świata w ilości ran otrzymanych podczas jednej bitwy (łącznie 22). Na nieszczęście Hiszpanów Silvestre jakimś cudem to przeżył...

To miał być spacerek i na początku wszystko na to wskazywało. Hiszpanie nie napotykali oporu i radośnie rozpraszali swoje wojska, zaś Berberowie bez trudu przenikali na ich tyły, odcinając łączność i zaopatrzenie. Już pierwsze poważne starcie w zasadzie okazało się ostatnim - 22 czerwca 1921 roku obóz Annual - kwatera główna hiszpańskiej armii został zaatakowany z zaskoczenia przez 3000 Rifan (to była ich cała armia). Z braku świadków nie wiemy dokładnie co tam zaszło, ale w ciągu kilku dni 5000 zdemoralizowanych i odciętych od zaopatrzenia hiszpańskich żołnierzy zostało wyrżniętych w pień przez Berberów. Dosłownie.

To był jednak dopiero początek kłopotów - w bitwie zginął sam gen. Silvestre, będący głównodowodzącym hiszpańskich wojsk w Maroku. Podobno strzelił sobie w głowę chcąc uprzedzić napastników. Ponieważ struktura dowodzenia hiszpańskiej armii była bardzo hierarchiczna, a poszczególne posterunki w zasadzie nie komunikowały się ze sobą, Berberowie bez trudu wybijali jeden garnizon po drugim spychając Hiszpanów do morza.

Tylko kłótnie w obozie zwycięzców umożliwiły szybki transfer dodatkowych wojsk do Melili - ostatniego przyczółka Hiszpanii w tej części Afryki. Tym niemniej klęska była kompletna i 9 września rząd w Madrycie był zmuszony poprosić o zawieszenie broni.

Z wojsk, które wyruszyły aby zniszczyć Republikę Rif, ocalało zaledwie 600 żołnierzy, którzy zostali wzięci do niewoli. Łącznie w ciągu trzech miesięcy Hiszpanie stracili ok. 20 tysięcy ludzi. W ręce Berberów wpadło 20 tys. karabinów, 400 karabinów maszynowych oraz 129 armat. Nic dziwnego, że w hiszpańskiej historiografii kampanię tę nazywa się Katastrofą pod Annualem.

Bitwa przyniosła wiele rozmaitych zmian. Hiszpańska opinia publiczna winą za kompromitację obarczyła zmurszałą monarchię, co wydatnie przyczyniło się do proklamowania wkrótce potem Drugiej Republiki. Sytuacja Republiki Rif nie zmieniła się ani o jotę - nadal nikt na świecie jej nie uznawał. Jedyna drobna różnica polegała na tym, że nie biorących jeńców Berberów zaczęto się w Europie bać.

Hiszpanie doszli przeto do wniosku, że skoro Rifan nie da się pokonać orężem, trzeba ich potraktować jak karaluchy albo inne robale. Przez pośredników odkupiono więc od Niemców pozostałe po I wojnie światowej zapasy broni chemicznej, którą następnie aż do 1926 roku regularnie zrzucano z samolotów na tereny Republiki Rif. Zatruwano pola uprawne, studnie, bombardowano wioski i miasteczka. W oficjalnej korespondencji rządowej namiestnik hiszpańskich posiadłości w Maroku napisał tak:
"I have been obstinately resistant to the of suffocating gases against these indigenous peoples but after what they have done, and of their treasonous and deceptive conduct, I have to use them with true joy."


Panowie Hiszpanie - Saddam to przy was mały Miki jest...


Dodajmy jeszcze, że w 2007 roku w hiszpańskim parlamencie poddano pod głosowanie uchwałę uznającą oficjalnie fakt stosowania broni chemicznej przeciwko berberyjskiej ludności cywilnej. Uchwała przepadła różnicą 33 głosów...

niedziela, 19 kwietnia 2009

Hayes Pond - ostatnia bitwa plemienia Lumbee


Indianie z plemienia Lumbee wywodzą się z grupy plemion Siuksów i od niepamiętnych czasów zamieszkują obszar dzisiejszego stanu Północna Karolina (tuż przy granicy z Karoliną Południową). Plemię, oficjalnie uznane przez rząd USA pod koniec XIX wieku, liczy około 40 tys. osób, ma swoje logo i stronę internetową, którą zapewne administruje wódz, szaman albo ktoś w tym rodzaju. Generalnie całej naszej ekipie bardzo się to plemię podoba i wystąpiliśmy już o honorowe członkostwo.

Czy dalibyście wiarę, że tereny zamieszkiwane przez Lumbee aż do lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia stanowiły coś w rodzaju Dzikiego Zachodu, tyle, że w skali mikro i zlokalizowanego w zupełnie innym miejscu Ameryki?

Historia zaczyna się klasycznie, jak w jugosłowiańsko-niemieckiej superprodukcji o Winnetou i jego germańskim przyjacielu - mamy oto spokojnie żyjących sobie Indian, na których postanawiają napaść Bardzo Źli Biali. Tyle tylko, że akcja dzieje się w 1958 roku, Indianie mają samochody, domy i na pozór niczym nie różnią się od innych Amerykanów, zaś czarne charaktery to nie Jesse James z kolegami tylko lokalni miłośnicy palenia krzyży i nocnych rajdów w prześcieradle na głowie przez pola bawełny. Nie, nie mylicie się - chodzi o Niewidzialne Królestwo Ku Klux Klan.


Wielkim Smokiem KKK na terenie obu Karolin był niejaki James W. "Catfish" Cole, jeden z najbardziej żenujących dowódców jakich mieliśmy okazję gościć na naszym blogu. Aspiracje wodzowskie i styl bycia rodem z konfederackiej kawalerii harmonijnie łączył z inteligencją pociągowego muła i zerowymi zdolnościami organizacyjnymi. Wszystko to w krótkim czasie miało doprowadzić Klan do upadku, ale nie uprzedzajmy faktów.

Bezpośrednią przyczyną wybuchu konfliktu pomiędzy Klanem a Indianami Lumbee była chęć odbudowania przez Wielkiego Smoka swojego prestiżu, który stracił po nieudanej próbie zlinczowania jednego z działaczy NAACP. Planując tą "operację" Cole zignorował bowiem fakt, że ów działacz był strzeżony przez dobrze uzbrojoną i umocnioną grupę czarnoskórych weteranów II wojny światowej. W sumie drobiazg... większość napastników w prześcieradłach atak przeżyła.

Przygotowując opinię publiczną do nadciągającego konfliktu, nasz Wielki Smoczek rozpętał w lokalnych mediach iście hitlerowską kampanię oszczerstw wobec Indian, nazywając ich dzikusami, oskarżając o "brukanie rasy", "włóczęgostwo" i tym podobne bzdury. Naszym zdaniem, mógł jeszcze przebrać kilku swoich chłopaków w pióropusze, wyposażyć w tomahawki (nie, nie chodzi nam o rakiety) i napaść na jakąś radiostację. Było nie było, na początku stycznia 1958 Cole zapowiedział w gazetach, że "zgromadzi 5 000 Klansmenów, spali parę krzyży i pokaże dzikusom gdzie jest ich miejsce".

Indianie potraktowali groźby poważnie i zgodnie z kilkusetletnią tradycją Siuksów rozpoczęli przygotowania wojenne. Nie wiemy czy pomalowali twarze w barwy wojenne, ale dzięki swoim zwiadowcom ustalili położenie punktu zbornego oddziałów KKK oraz datę i godzinę ataku. Rajd miał się rozpocząć 18 stycznia 1958 roku nad Hayes Pond, w Północnej Karolinie.

Plan wojenny Wielkiego Smoka Cole'a odzwierciadlał z grubsza iloraz jego inteligencji i był następujący:

1. zebrać armię inwazyjną wraz z rodzinami na uroczystej odprawie nad Hayes Pond,
2. trochę wypić, pożartować, pogadać z sąsiadami, przebrać się w białe prześcieradła,
3. najechać terytorium Indian Lumbee,
4. spalić parę krzyży, postrzelać w powietrze (albo i nie) a potem się zobaczy.

Cole liczył na 5000 ochotników, więc srodze się zawiódł gdy na miejscu o umówionej godzinie stawiło się zaledwie 50 Klansmenów. Reszta zapewne zamierzała przysłać zwolnienia lekarskie albo coś w tym rodzaju. Wielki Smok postanowił jednak zrobić dobrą minę do złej gry i kontynuował przygotowania do rajdu. W tym samym czasie około 500 dobrze uzbrojonych Indian Lumbee zakradło się w pobliże niczego nie spodziewających się członków KKK, otoczyło ich z trzech stron i na dany przez wodza sygnał otworzyło ogień.

Sądzimy, że atak mógł wyglądać mniej więcej tak:



albo też tak:



Od masakry członków Klanu ocalił jedynie fakt, że Indianie postanowili przestrzegać prawa stanowego oraz nie chcieli zrobić krzywdy kobietom i dzieciom, które przybyły aby zgodnie z południową tradycją pożegnać swych mężów i ojców wyruszających w bój. W efekcie, tylko 5 Klansmenów zostało rannych zaś reszta salwowała się ucieczką na pobliskie bagna. Lumbee poszli za ciosem, bez walki opanowali wrogi obóz wraz z kobietami i dziećmi a następnie spalili pozostawione przez uciekinierów emblematy KKK, aż do rana śpiewając i tańcząc wokół wielkiego ogniska.

Władze stanowe i federalne przezornie nie interweniowały.


W wyniku tej prawdopodobnie ostatniej bitwy z udziałem północnoamerykańskich Indian, gazety z całych Stanów obśmiały Klan i jego poczynania, doprowadzając w ten sposób do faktycznego upadku tej organizacji w obu Karolinach. Indianie Lumbee wzbogacili się o święto, które dumnie obchodzą po dziś dzień, zaś niesławny Wielki Smok Cole został skazany na dwa lata więzienia za przygotowywanie zamieszek.

Tak kończą wszyscy, którzy zadzierają z Indianami.
HOWGH!!!