Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna o niepodległość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna o niepodległość. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 marca 2009

Jaka piękna katastrofa - wojna o niepodległość Grecji cz. IV

Na początku 1825 roku silna egipsko-albańska armia wylądowała na Peloponezie. Plan najważniejszego spośród egipskich Albańczyków był stosunkowo prosty. Składał się z trzech punktów.
1. pokonać wszystkie greckie wojska na Peloponezie
2. usunąć z Peloponezu wszystkich Greków
3. sprowadzić na Peloponez osadników z Egiptu.

Jako miłośnicy wrzaskliwych handlarzy, tanich pamiątek i jazdy po piachu na złośliwych, śmierdzących dwugarbnych sk...synach żałujemy bardzo, że ten arcyciekawy eksperyment etniczno-kolonizacyjny nie wypalił. Tak, urlop w Tunezji wyjątkowo nam się udał - możemy pokazać zdjęcia.

Co by nie mówić - wojska Muhammeda Ali znokautowały Greków na Peloponezie prawym sierpowym. Nie pomogło bohaterstwo obrońców, ani nawet wypuszczenie z więzień przez Rząd Grecki z Południa kilku znakomitych dowódców wojskowych (aresztowanych uprzednio w ramach walki frakcyjnej z Rządem Greckim z Północy). Grecy przegrywali bitwę za bitwą a egipsko-albański walec parowy niepowstrzymanie parł naprzód. Zagroził nawet wzięciem do niewoli Rządu Greckiego z Południa, który został ocalony jedynie przez znakomity full-bluff zakotwiczonej w pobliżu brytyjskiej floty, która do końca twardo stwarzała pozory jakoby zamierzała pomagać w obronie miasta Nafplion, gdzie ów rząd miał swoją siedzibę. Albańczycy stwierdzili, że zaatakowanie Wielkiej Brytanii nieco przekracza ich możliwości i odpuścili. A trzeba było sprawdzać...

Nieco gorzej szło Turkom w środkowej Grecji, gdzie utknęli podczas oblegania miasta Missolonghi, które ciągnęło się przez ponad rok. Musimy przyznać, że Grecy bronili się jak szaleni, odwlekając w czasie moment kapitulacji. Tego rodzaju taktyka okazała się dobrym rozwiązaniem, i to z kilku powodów. Po pierwsze - morale Turków, Albańczyków, Egipcjan i innych pomniejszych nacji topniało niczym śniegi na zboczach Olimpu. Po drugie - znudzone i zmęczone przeciągającą się awanturą mocarstwa europejskie zaczęły mocno naciskać na sułtana, aby ten zakończył wojnę i jakoś tam się z Grekami dogadał. Po trzecie wreszcie - te same mocarstwa zaczęły dynamiczniej działać na rzecz zabezpieczenia swoich interesów w Grecji, bo a nuż inne państwo je ubiegnie.

Za to Grecy nadal spektakularnie grali na czas, niczym na Mistrzostwach Europy w piłce nożnej. Wojska Muhammeda nie mogły nic sensownego wskórać, ponosząc ciężkie straty podczas oblegania niedostępnych górskich fortec. W 1827 Anglia, Francja i Rosja, nie odniósłszy sukcesu w dyplomatycznych naciskach na sułtana, wysłały w kierunku wybrzeża Grecji swoje okręty aby zademonstrować, że czuwają, trzymają rękę na pulsie, są oburzone no i w ogóle. Napotkawszy na miejscu flotę egipsko-turecką, admirałowie połączonej floty postawili sprawę jasno: albo odpłyniecie do domu, albo was zatopimy. Po trwających czas jakiś negocjacjach ustalono, że Turcy nie będą atakować Greków przy użyciu okrętów, w zamian za co mocarstwa wymuszą na Grekach zaprzestanie działań zaczepnych przeciwko Turkom.

W przyjaznej atmosferze okręty każdego z mocarstw popłynęły w swoją stronę. Tymczasem Grecy postanowili pokazać gdzie mają koncert mocarstw, Turcję i całą resztę, już w kilka dni później atakując egipską flotę przy pomocy statków-pochodni. Turcy wyruszyli w pościg za napastnikami, co nieświadome całego incydentu floty trzech mocarstw odebrały jako zerwanie wynegocjowanego chwilę wcześniej zawieszenia broni.Efektem "drobnej pomyłki" była stoczona 20 października 1827 roku bitwa pod Navarino, jedna z ważniejszych morskich batalii XIX wieku. Mecz był nieco jednostronny - z 89 statków floty egipsko-tureckiej zatopiono 75. Na dno wraz z nimi poszło 8000 ludzi. Koncert mocarstw nie stracił ani jednego okrętu. W następstwie bitwy, Francja i Rosja wysadziły w Grecji swoje korpusy interwencyjne, które pomogły Grekom pozbyć się wszystkiego co nosiło czapki z pomponem i nie potrafiło pisać przy użyciu dziwnych znaczków. Wojna była wygrana.

W efekcie:
- Grecja odzyskała niepodległość i weszła w fazę szybkiego rozwoju terytorialnego - jedynym minusem było narzucenie Grekom przez koncert mocarstw monarchy z dynastii bawarskiej, który nie znał dziwnych znaczków,
- stan chorego człowieka Europy nie polepszył się, po raz kolejny wszyscy uznali, że nie warto się nim przejmować, bo i po co...,
- Albańczycy nie zdołali zdobyć Grecji, ale utrzymali się w Egipcie,
- lord Byron zmarł podczas oblężenia Missolonghi (nie mylić z Missouri), zdaje się, że bez patosu, na jakąś chorobę.

I na koniec smaczek. Ostatnią bitwę stoczoną podczas tej wojny wygrał brat pana Ypsilantisa, który ją rozpoczął. Tym samym naszą opowieść możemy zakończyć starym albańskim przysłowiem:

I tak wszystko zostało w rodzinie

niedziela, 15 marca 2009

Jaka piękna katastrofa - wojna o niepodległość Grecji cz. III

Na wieść o przekroczeniu Prutu przez niedoszłego Cezara Mołdawii i Wołoszczyzny, jak Grecja długa i szeroka cały naród chwycił za broń. Pojawiło się wielu lokalnych bohaterów powstańczych o dziwnych i trudnych do wymówienia nazwiskach, o których nie będziemy pisać, bo to nudne. Zwrócimy za to uwagę na najciekawsze aspekty pierwszej fazy wojny (1821 - 1825).

Głównym rozdającym karty był ten pan z obrazka - niejaki Ali Pasza zwany "Lwem z Joanniny". Uściślijmy - nasz Ali wcale nie był Grekiem, a ideę Grecji od morza do morza miał w głębokim poważaniu. Był to albański despota, który korzystając ze słabości władzy centralnej stworzył na pograniczu dzisiejszej Grecji, Albanii i Macedonii zbójeckie państewko, łupiąc i grabiąc kogo popadnie. W chwili gdy wybuchało powstanie w Grecji, większa część stacjonujących tam zazwyczaj tureckich wojsk była zajęta obleganiem Alego w jego górskiej twierdzy tudzież przynoszeniem sułtanowi jego głowy na srebrnej tacy. To tłumaczy sukcesy Greków w pierwszej fazie wojny.

Turcy walczyli źle w porywach do tragicznie, zaś małe greckie oddziały partyzanckie skutecznie odcinały zaopatrzenie, szarpały i wycinały w pień poszczególne tureckie korpusy. Nie bylibyśmy sobą gdybyśmy złośliwie nie przytoczyli najbardziej spektakularnej wpadki tureckiej, a w zasadzie albańskiej armii (większość tureckich żołnierzy w owym czasie stanowili albańscy rekruci). 8 maja 1821 roku w bitwie pod Gravią 120 Greków przez cały dzień skutecznie odpiera ataki 8 000 Turków na zajmowaną przez nich tawernę (i zgromadzone w niej zapasy wina). Grecy tracą 6 zabitych, Turcy - 300 zabitych i 800 rannych. W efekcie, turecka armia wycofuje się a powstanie na Peloponezie nie zostaje stłumione. Takich wpadek było znacznie więcej - turecka armia po prostu nie dawała rady nieregularnym greckim oddziałom złożonym głównie z dawnych rozbójników.

W ramach wojny na morzu Grecy początkowo postanowili wystawić własną flotę złożoną głównie z uzbrojonych okrętów handlowych. Gdy to nie zdało egzaminu (Turcy jednak mieli trochę lepsze statki - przede wszystkim przystosowane do prowadzenia wojny, nie zaś łowienia ryb), szybko zaadaptowali nowe, quasi-terrorystyczne podejście, wysyłając płonące okręty i łodzie rybackie w celu podpalenia i zniszczenia statków wroga. Efekt - z 59 tego rodzaju ataków 39 zakończyło się powodzeniem, w tym u wybrzeży Chios spalono okręt flagowy admirała tureckiej floty.

Skoro już jesteśmy przy Chios, nie sposób nie wspomnieć o jednym z pierwszych odnotowanych historycznie przypadków czarnego PR-u. Nie oszukujmy się - to była bardzo brudna wojna. Grecja nie była tak jednolita narodowościowo jak obecnie, wśród Greków żyło również sporo Turków i wyznających islam Albańczyków, którzy z chwilą wybuchu powstania stali się pierwszą ofiarą swoich dawnych sąsiadów. Wojska tureckie odpłacały powstańcom pięknym za nadobne, tak więc generalnie ta wojna to raczej nie był Wersal. Na zachodzie Europy żyła jednak spora grupa ludzi, którzy jak Byron z obrazka obok (tu w stroju albańskim) naiwnie wierzyli, że po greckiej stronie walczą bohaterowie rodem z Iliady i Odysei, zaś filozofia antyku, mądrość i piękno ściera się w nierównej walce z azjatycką barbarią. W efekcie, wszelkie zbrodnie dokonywane przez Greków były zbywane milczeniem (Achilles nie uskuteczniał czystek etnicznych, prawda?), zaś tureckie nagłaśniane, jak choćby na słynnym obrazie pędzla Eugene Delacroix. To był jeden z ważnych czynników, które za kilka lat skłonią koncert mocarstw do interwencji i posprzątania istniejącego bałaganu.

Na razie jednak nie zanosiło się na posprzątanie czegokolwiek. W roku 1824 Grecy nadal bili Turków, Turcy (znacznie rzadziej...) bili Greków, po pustych wioskach hulał wiatr a z nudów dwa nieuznające się nawzajem greckie rządy jedności narodowej też wzięły się za łby. Mający tego wszystkiego coraz bardziej dość sułtan poprosił o interwencję swojego wasala, a tak de facto udzielnego władcę - uwaga uwaga Muhammada Ali z Egiptu.

Jak się zapewne domyślacie, Muhammad Ali był oczywiście Albańczykiem. Na początku XIX wieku podczas wojny domowej w Egipcie wziął krótko za kark zbuntowane albańskie oddziały i uchwycił władzę w całym państwie tak skutecznie, że jego potomkowie sprawowali ją aż do 1952 roku. Miał pewne trudności z rządzeniem, jako, że mówił tylko po albańsku. Na szczęście wystarczało to z powodzeniem do komunikowania się ze swoją albańską gwardią przyboczną, która bez zbędnych pytań zabijała każdego, kogo wskazał jej Ali. Ponieważ w 1824 jego wojsko stanowiło jedyną realną siłę mogącą zagrozić greckim powstańcom, sułtan chcąc nie chcąc musiał prosić Alego o pomoc, oferując mu w zamian Grecję jako dziedziczne lenno. Tak oto rozpoczęła się albańsko-egipska inwazja na Grecję.

PS: O bokserskich sukcesach Alego nic nam nie wiadomo... ale widzimy pewne cechy wspólnie pomiędzy naszym bohaterem a pewnym dyktatorem Ugandy.

Koniec cz. III. W następnym odcinku - koncert mocarstw robi porządek czyli bitwa przez pomyłkę

sobota, 14 marca 2009

Jaka piękna katastrofa - wojna o niepodległość Grecji cz. II

Pewnego pięknego dnia roku pańskiego 1814-go w mieście Odessa spotkało się trzech Greków, z których jeden okazał się masonem, drugi karbonariuszem, z czego wynika, że trzeci musiał być greckim Żydem, gdyż rowerów w tamtych czasach jeszcze nie wynaleziono. Było nie było, owi trzej amigos (nie wymienimy ich nazwisk, gdyż jeden wkrótce potem zmarł a dwaj pozostali niczego wielkiego w sumie nie dokonali) postanowili założyć tajną organizację, której celem było doprowadzenie do odrodzenia greckiego Bizancjum ze stolicą w Konstantynopolu. Jak na trzech Greków - całkiem sporo.

Efektem spotkania było zawiązanie Przyjaznego Stowarzyszenia (Filiki Eteria), które początkowo było raczej pretekstem do wymykania się ojców - założycieli z domu na spotkania przy szklaneczce czegoś mocniejszego ("Jak możesz, o nierozumna, kazać mi zostawać w domu z tobą i dziećmi gdy wspólnie z Nikolaosem i Manolisem planujemy zmianę porządku świata!") niż realną siłą polityczną. Do 1817 roku Stowarzyszenie liczyło ledwie trzydziestu miłośników trunków konspiratorów, ale w 1818 i kolejnych latach jego liczebność zaczęła gwałtownie rosnąć, głównie za sprawą radykalizacji poglądów greckich elit w kwestii życia pod tureckim butem. Paradoksalnie - na korzyść Stowarzyszenia zadziałała tu także jego dziwaczna struktura organizacyjna. O wszystkim decydowała bowiem tzw. Niewidzialna Władza, przy czym ponieważ nikt do końca nie wiedział kto ją tworzy, szeregowi członkowie wierzyli, że jest to np. car Aleksander i równie znamienite osobistości. Innymi słowy - ruch rozrastał się, bo jego członkowie podbudowani moralnie i ideologicznie twórczością utopionego w Dunaju wieszcza narodowego wierzyli, że są realną siłą polityczną a nie panelem dyskusyjnym.

Sprawy nabrały niesamowitego tempa gdy na czele Stowarzyszenia stanął Aleksander Ypsilantis - grecki oficer, generał-major rosyjskich huzarów oraz osobisty adiutant cara Aleksandra, który z właściwą sobie energią rozpoczął przygotowania do wybuchu powstania. Dla zmylenia przeciwnika, miało ono zacząć się jednak nie w Grecji, a na terenie Mołdawii i Wołoszczyzny. Plan Ypsilantisa był typowo bizantyjski i nie pozbawiony finezji - powstanie miało zacząć się na terenach gdzie nie stacjonowały tureckie wojska. Ponadto, w obu krajach żyło sporo Greków, z których większość była już członkami Stowarzyszenia. Ypsilantis liczył na sprowokowanie Turków do stłumienia buntu, co miało wywołać interwencję Rosji zakończoną odbudową greckiego państwa pod rosyjskim protektoratem. Cwane, prawda?

Aby mieć w ręku jakikolwiek atut militarny, nasz bohater sformował Świętą Drużynę - pierwszą grecką formację zbrojną w tej wojnie. To po lewej to jej sztandar. Ładny, prawda? Na czele Drużyny, Aragorn Ypsilantis w lutym 1821 przekroczył Prut niczym Cezar Rubikon i proklamował wybuch powstania przeciwko Turkom ogłaszając, że niebawem w ślad za nim wkroczy tu Rosja i zrobi Turkom kęsim. Był tylko jeden szkopuł - Rosjanie nic na ten temat nie wiedzieli i co więcej - nie byli specjalnie zainteresowani.

Cała eskapada Świętej Drużyny zakończyła się więc dość żałośnie - 30 tysięcy tureckich żołnierzy wkroczyło na teren dzisiejszej Rumunii i w 3 modlitwy przerobiło greckich rewolucjonistów na gyros i tzatziki. Wyhaftowany na drugiej stronie sztandaru feniks wiele im nie pomógł - nie odrodzili się z popiołów. Sam Ypsilantis wraz z garstką ocalałych uciekł do Austrii, gdzie na wszelki wypadek aresztowano go i zamknięto w twierdzy na najbliższe sześć lat. Tak więc ojczyzna apfelstrudla i aromatycznej kawy po raz kolejny okazała się niezbyt gościnna dla greckich rewolucjonistów.

Koniec części II. W następnym odcinku - Grecy grają, Albańczycy rozdają karty

piątek, 13 marca 2009

Jaka piękna katastrofa - wojna o niepodległość Grecji - cz. I

This one is especially dedicated to Michał Turek

O XIX-wiecznej Grecji można powiedzieć bardzo wiele... Większość okrągłych zdań, jakie mogliby i pewnie wypowiedzieli na ten temat rozmaici profesorowie historii nowożytnej, ekipa Wojny o Ciacho zamyka w jednym.

Grecja, oj, to był bardzo dziwny kraj...

O tym, że Ottomańska Turcja się sypie wiadomo było nie od wczoraj i nie była to informacja z kategorii tajne przez poufne. Czasy Sulejmana Wspaniałego przeminęły bezpowrotnie, zaś ostatnią próbę powrotu Turcji do pierwszej ligi europejskiej definitywnie powstrzymał Jan III Sobieski efektownym strzałem z rzutu wolnego w 93 minucie meczu na Prater Stadion. Ironia losu polegała na tym, że "chory człowiek Europy" sprawował kontrolę nad wieloma europejskimi narodami, które średnio mówiły po turecku oraz nie pałały szczególnym entuzjazmem do szisz-kebaba i fajki wodnej. Ponieważ narody te reszta Europy słusznie uważała za dziwaczne i nieistotne, nikt normalny się tym za bardzo nie przejmował. Przynajmniej do czasu, gdy Grecy postanowili wybić się na niepodległość.

Jak zapewne wszyscy czytelnicy wiedzą, początek XIX wieku to rozbudzona napoleońską ideą tworzenia dziwnych państw epoka chwytania wszystkich stłamszonych narodów za szabelkę i powstawania przeciwko swym ciemiężycielom (z marnym na ogół skutkiem). Ponieważ czas ten przypadał na epokę romantyzmu, każden jeden naród posiadał swojego wieszcza/męczennika narodowego/apostoła niepodległości (niepotrzebne skreślić), który wzywał naród do samobójczych szarż na umocnione pozycje wrogiej artylerii, w których to na ogół nie uczestniczył.

Jaki naród - taki apostoł. Grecja miała to co widać na załączonym obrazku. Pan Rigas "Apostoł Niepodległości" Feraios, bo o nim mowa, na przełomie stuleci pisywał artykuły i wiersze wzywające Greków i inne narody bałkańskie do powstania i wybicia się na niepodległość w wiedeńskiej gazecie, której czytelnikami byli głównie przedstawiciele greckiej diaspory. Idea ta średnio spodobała się austriackim władzom, które postanowiły aresztować grafomana wraz z kolegami i przekazać Turkom w ramach dobrze pojętej wymiany kulturalnej. Rzeczeni Turcy wykazali się jeszcze mniejszym poczuciem humoru, gdyż bez zbędnych ceregieli rozkazali udusić apostoła wraz z kolegami, a następnie dla pewności utopić ich zwłoki w Dunaju.

Był to krok o tyle nierozważny, że głoszone przez nich poglądy stały się naprawdę popularne, stanowiąc ideologiczną podbudowę do powstania Greków przeciwko Turkom.

W tym samym czasie sama Grecja wyglądała znacznie gorzej niż obecnie (tak, wbrew pozorom jest to możliwe). Podejrzewamy nawet, że większość ówczesnych Greków średnio zdawała sobie sprawę z olbrzymiego wkładu ich narodu w intelektualną historię Europy i nie rozpoznałaby filozofa nawet gdyby wyskoczył na nich z krzaków i poprosił o wskazanie sensu życia. W sumie to ówczesna Grecja od Albanii różniła się tylko tym, że w Grecji pisano dziwnymi literkami a w Albanii w ogóle. Turecka administracja i wojsko ograniczały się do sprawowania kontroli nad większymi miastami i równinami, podczas gdy tereny górzyste były domem dla tzw. "kleftów", czyli wyidealizowanych ludowymi podaniami bandytów, którzy uciekli w góry przed rodową zemstą/podatkami/prawem/brzemienną córką sąsiada. Ponieważ turecka aktywność wojskowo-policyjna w Grecji była nader symboliczna, porządek utrzymywały oddziały tzw. "armatoloi", które od kleftów różniły się tylko tym, że nie strzelały do okolicznych wieśniaków tak często a jeśli już to starały się celować w nogi.

Czemu o tym piszemy? Bo gdy wybuchła wojna o niepodległość Grecji, większa część greckiej armii rekrutowała się z kleftów lub ich przeciwników, wyglądając mniej więcej tak jak wskazano powyżej.

Koniec części I. W następny odcinku - o niepodległościowej frakcji trzech kolegów i co z tego wynikło